Staszek Wicher Staszek Wicher
639
BLOG

Dziedzictwo narodowe - prywatne czy państwowe?

Staszek Wicher Staszek Wicher Historia Obserwuj temat Obserwuj notkę 2

Jak dziś w Polsce zdobyć fundusze na restaurację i propagowanie dziedzictwa narodowego? Składać pisma do urzędników Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego? Udać się do właściwego wojewódzkiego konserwatora zabytków? - Od państwa? Nie, nie... - Smutno kręci głową Jan Socha, właściciel Muzeum Kowalstwa. - Proszę pana, do pani konserwator w Częstochowie jednego roku to ja ponad 180 razy jeździłem. Wszystko mam w papierach - oburza się senator Jarosław Lasecki, dzięki któremu zamek w Bobolicach odzyskał dawne piękno.

Poniżej kilka przykładów na to, jak rozwijają się stosunki między prywatnymi właścicielami zabytków, a państwem polskim. W żadnym z nich postawa właściwego ministerstwa nie jest budująca. Pokrzepiająca jest jednak działalność ludzi, którzy tym dziedzictwem się opiekują. Sami nie oczekują pomocy, bo wiedzą, że nic nie dostaną. Gdyby nie oni, niewątpliwie bylibyśmy ubożsi o jakąś część własnej tożsamości.

 

 Kuźnia i Muzeum Kowalstwa w Bieńkowicach

- Wszystko zaczęło się w roku 1683, kiedy król polski Jan III Sobieski szedł pod Wiedzień walczyć z Turkami. - Tak zaczyna opowiadać legendę początków swojej kuźni Jan Socha, mistrz kowalstwa, właściciel zabytkowej kuźni, twórca Muzeum Kowalstwa w Bieńkowicach. - Szedł wtenczas z królem młody kowal spod Krakowa - tutaj stosowna pauza - Jan Socha. Na postoju w Bieńkowicach poznał urodziwą pannę, której obiecał, że po pokonaniu Turków wróci i się z nią ożeni.

Kowal oczywiście wrócił, wziął ślub i w roku 1702 założył kuźnię, która szybko zasłynęła w okolicy z pięknego i solidnego rzemiosła. Warsztat i zawód przechodził z ojca na syna. Obecny właściciel reprezentuje X pokolenie rodu, a wszystko wskazuje na to, że jego syn pójdzie w ślady ojca.

 

Jan Socha

 

Widać w właścicielu kuźni ogromną radość, kiedy ktoś zainteresuje się jego rzemiosłem, przyjdzie posłuchać opowieści i obejrzy pracę kowala na żywo. Wszystko to kowal robi z niespożytą energią i zafascynowaniem. Po pokazie rzemieślniczym przechodzimy przez podwórko. Swojskie zapachy wsi i szczekający w kojcu pies to nie jest naturalny obraz nowoczesnego muzeum. Ale kto spodziewałby się tu nowoczesności - może się srodze zawieść. Kuźnia mieści się w domu rodzinnym Sochów, a muzeum to po prostu przerobione zabudowania gospodarcze. Jeżeli nie ma turystów, to życie biegnie tu swoim rytmem. A turystów rzadko uświadczysz - kuźnia nie jest rozreklamowana, nie ma sprawnego zarządcy, budującego jej wizerunek, dbającego o stan, reklamę...

Pytam o pomoc ze strony państwa. Socha tylko kręci głową i zbywa temat opowiadając o tym, dla kogo to on i jego rodzina nie robili artystycznych wyrobów. W muzeum, delikatnie mówiąc, chaos. Zabytki z początku XVIII w. przemieszane z radzieckimi silnikami, na ścianach urzekające przykłady sztuki kowalskiej, w kącie pusta butelka po piwie.

Ale chałupnicze Muzeum Kowalstwa stoi i, wydaje się, stać będzie.

 

Młyn w Tworkowie

W tym samym Subregionie Zachodnim województwa śląskiego znajduje funkcjonujący także po dziś dzień młyn w Tworkowie. Jego właściciel, młynarz Franciszek Pawlik cieszy się równie starą tradycją rodzinną, młodszą jedynie o rok od kuźni Sochów. Również jest reprezentantem rodu młynarzy w X pokoleniu. Najpierw stał tu młyn drewniany, od 1914 murowany.

 

Młyn w Tworkowie

 

Maszyny młyńskie pamiętają czasy przedwojenne - To wszystko to mój opa pokupował. Najlepsze niemieckie maszyny - chwali się Pawlik, typ nieco mniej energiczny od kowala.

- Działa to wszystko nadal? - pytam zaczepnie.

- I to jak. Trzy tony przemiału na dobę. Tylko ludzie już nie przychodzo.

Faktycznie, młyn nie może się już sam utrzymywać. Coraz mniej klientów, niewielu turystów. Młynarz jeszcze jakoś sobie radzi, oprowadza przyjezdnych, prosi o pomoc w postaci datków lub reklamy.

- Boję się, że jak już nie będzie za co, to trzeba to będzie zamknąć.

Inaczej niż w Bieńkowicach, inicjatywa Pawlika zdaje się wygasać. On sam pesymistycznie widzi przyszłość obiektu, ale jest bardzo przywiązany do rodowej tradycji. Państwo? - Jakie państwo panie, nawet ulgi podatkowej za to nie mam.

 

Zamek w Bobolicach

Dzieło senatora Jarosława Laseckiego to zupełnie inna skala - kilkanaście lat rekonstruowany zamek w Bobolicach w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej stanął staraniem naukowców i pieniędzmi senatora. Kilkukrotne prośby o dofinansowanie spełzały na niczym.

Lasecki mógłby godzinami opowiadać tylko i wyłącznie o trudnościach, jakie napotykał na swojej drodze - najwięcej ze strony pani konserwator zabytków w Częstochowie. - Musieliśmy po kilkadziesiąt razy jeździć do Częstochowy, żeby móc wymienić parę założonych dachówek!

 

Zamek w Bobolicach

 

Cała szafa segregatorów to dowód na to, że nawet jeżeli ma się pieniądze, możliwości, i jest się politykiem partii rządzącej, to nie sposób pokonać biurokratycznego molocha, który robi wszystko, chyba tylko po to, aby nic się nie działo.

Rok temu ukazał w Uważam Rze artykuł Macieja Miłosza i Piotra Szymaniaka, pt. "Średniowiecze przeżywa renesans" opisujący m.in. historię odbudowy zamku Laseckiego (jakkolwiek by to nie brzmiało). Właściciel żalił się na trudności - przez rok tych trudności narosło. Senator z bratem wznieśli restaurację u podnóży majestatycznie położonego zamku. - Wie pan, co konserwator mi powiedziała? Że restauracja może być pokryta albo gontem, albo strzechą, tylko pod takim, a takim kątem. Co się okazało? Że każdy podręcznik do architektury określa, pod jakim kątem  może być budowany dach z gontu, albo strzechy. Wytyczne pani konserwator były zupełnie inne.

Pomimo trudności Lasecki jest zdeterminowany i cały czas ma chrapkę na leżący nieopodal i będący w ruinie zamek w Mirowie

Senator kończy opowieść, żegna się i wychodzi. Postanawiam do końca zwiedzić ruiny. W ostatnim pomieszczeniu widzę trzy portrety. Pierwszy, sporych rozmiarów, przedstawiający jakiegoś szlachciurę z sumiastym wąsem. Wstępnie oceniam na XVII w. Trzeci obraz podobny. Między nimi maleńki portrecik - przyglądam się. Oczywiście Jan III Sobieski. Pytam panią w regionalnym stroju, która towarzyszy zwiedzającym: - Króla poznaję, ale tych dwóch panów nie.

- Z prawej pan senator, z lewej jego brat.

 

Muzeum Monet i Medali Jana Pawła II w Częstochowie

11 sierpnia 2011 r. otworzono w Częstochowie jedyne w swoim rodzaju muzeum kolekcji numizmatycznej poświęcone Janowi Pawłowi II. Można pomyśleć, że jest to niezła forma przechowywania prywatnej kolekcji, gdyż wszystkie 5500 eksponatów są własnością jednej osoby - Krzysztofa Witkowskiego - prezesa firmy President Electronics Poland.

Obiekt tchnie nowoczesnością i w niczym nie przypomina muzeów kapciowych. W gablotach każda moneta i każdy medal ma swoje podświetlone miejsce. - Kiedy włączamy rano muzeum, w elektrowni strasznie się cieszą! - Śmieje się Witkowski. Audio-wizualny pokaz nastraja na głębokie przeżywanie przykładu życia papieża Polaka, którego niewątpliwą pamiątką są kolekcjonowane przez wiele lat eksponaty.

 

Muzeum Monet i Medali JP II

 

Numizmatyczne dzieła sztuki zachwycają - niektórych z nich jest po kilka tylko na świecie! Obiekt uduchowia i naucza - nie tylko wytrawnych kolekcjonerów.

Muzeum, choć na uboczu świętego miasta, odwiedzają dziesiątki turystów - wśród nich Arturo Mari, arcybiskupi, biskupi, żołnierze NATO, czy politycy. I, oczywiście, pielgrzymi.

Pomysł był własny, inicjatywa oddolna, pieniądze również własne. Państwo nie pomaga Witkowskiemu, ale on sam nie potrzebuje pieniędzy.

 

Kapitalizm i państwo, a żywa historia

Powyższe inicjatywy to tylko niektóre przykłady prywatnych muzeów, które jak grzyby po deszczu wyrastają na turystycznej mapie Polski. Część z nich upada - nie są ulokowane w korzystnych miejscach, blisko centrów turystycznych, a ich właściciele i opiekunowie, choć wkładają w nie całe serce, nie znają się na marketingu i nie potrafią zapewnić dobrej reklamy. W rezultacie zbliżają się do przepaści i pewnie niedługo słuch po nich zaginie. Ktoś powie "ot, kapitalizm". Owszem, ale pozostawienie takich miejsc na pastwę losu to kolejny krok w zatracaniu naszego dziedzictwa narodowego - kultura i zabytki nie powinny podlegać bezdusznym zasadom kapitalizmu, gdyż ich znaczenie nie polega tylko na generowaniu dochodów.

Nie wszyscy potrafią poradzić sobie ze współczesnym PR i nie wszyscy mają takie możliwości finansowe jak Lasecki, czy Witkowski. Ich dzieła są rewelacyjnym przykładem tego, że duch w narodzie nie ginie. Pokrzepia serce świadomość, że są ludzie chcący odnawiać, propagować i pokazywać polską historię i dziedzictwo, nie ważne jakim kosztem. Ale mimo to w jakiś sposób smucić musi brak państwa w tym wszystkim, głównego dyspozytora pamięci, kultury, dziedzictwa i tożsamości. Brak zainteresowania?

Jak w Bobolicach smuci, tak w Tworkowie wzbudza złość. Są tu przecież ludzie, którzy opiekują się z dziada pradziada młynem. Pawlik nie chce korzyści własnych - on chce, żeby młyn cały czas "był na chodzie" i, chociaż w minimalnym stopniu, świadczył usługi dla ludności. To jest dopiero świadectwo historii! Ale historia żywa z dalekiego zakątka Polski widać nikogo w Warszawie nie interesuje. Czy faktycznie dofinansowanie podejrzanych publikacji musi być dla Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego ważniejsze niż żywa historia narodu?

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Kultura