W niedzielę 9 marca b. r. w studiu im. Agnieszki Osieckiej w Warszawie zagrał blues – rockowy gitarzysta, pochodzący z Australii, - Rob Tognoni.
Liczący ponad pięćdziesiątkę muzyk, urodzony na Tasmanii i stąd nazywany „diabłem tasmańskim”, dał porywający spektakl wirtuozerii gry na gitarze solowej.
Wraz z perkusją i gitarą basową stworzył wrażenie muzyczne pięcioosobowego zespołu. Solówki gitarowe były wymiatające. Gość z Australii prawie półtorej godziny szarpał struny (i śpiewał) z takim wigorem, że publiczności mdlały dłonie od oklasków.
Nie miałem nigdy okazji oglądać na żywo, zmarłego przed rokiem supergitarzysty Alvina Lee, z kapeli „Ten Years After”, ale trudno jest mi wyobrazić sobie większe mistrzostwo gitarowe w muzyce rockowej, niż to które zaprezentował Tognoni. To była wspaniała uczta muzyczna. Kameralna atmosfera i wspaniałe nagłośnienie oraz akustyka. Po prostu miodzio.
Koncert był transmitowany na żywo w programie III Polskiego Radia, ale ....to nie to.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)