Tym razem wpis będzie na temat niezwiązany z tzw. bieżączką, choć ta – jak zwykle – zagadnień wartych opisania dostarcza w bród. Chciałbym mianowicie napisać kilka(set) słów będących krytyczną ripostą wymierzoną w nadzwyczaj dziś popularne poglądy relatywistyczne. Jako że rozprawienie się z relatywizmem w jego podstawowym, epistemologicznym znaczeniu, wykracza poza typową dla internetowego bloga formułę publicystyczną, skupię się jedynie na najpowszechniejszej obecnie postaci tego niebezpiecznego stanowiska, tj. tzw. relatywizmie kulturowym.
Relatywizm kulturowy – to pogląd głoszący, że na poziomie aksjologicznym wszystkie kultury (cywilizacje) są względem siebie równoważne. Powiedzmy, że w jednej kulturze (judeochrześcijańskiej) gwałt jest zabroniony, w innej (islamu) dozwolony, w jeszcze innej (niektóre kulty pogańskie) – zyskuje rangę rytuału religijnego. W myśl teorii relatywistycznej, brakuje doprawdy w polu widzenia jakiegoś pan-kulturowego superarbitra rozporządzającego władzą rozstrzygania, które z powyższych wartościowań gwałtu może pretendować do miana uniwersalnego.
To deskryptywna (opisowa) warstwa relatywizmu kulturowego. Jego część postulatywna podnosi natomiast potrzebę poszanowania dla każdej z kultur w jej autonomii normatywnej, tak aby uchronić globalną różnorodność przed ekspansjonistycznymi zakusami rzeczników kulturowego uniwersalizmu.
Zabawne, że wciąż rosnąca nośność takiej argumentacji wyraża się liczbą zwolenników – by tak rzec – odwrotnie proporcjonalną do jej logicznej spójności. Nawet bowiem dla niewprawnego filozoficznie umysłu łatwo dostrzegalna jest sprzeczność pomiędzy przesłankami relatywizmu kulturowego, mówiącymi że: a) Wszystkie kultury są równe; b) Nie ma wartości o zasięgu ponad-kulturowym; a jego konkluzją: c) Należy szanować wszystkie kultury bez wyjątku;
Jeśli bowiem istotnie nie ma wartości o zasięgu ponad-kulturowym, to taką wartością nie jest również dyrektywa tolerancji artykułowana w konkluzji „c”. Tzw. błędne koło relatywizmu – banalny temat filozoficzny znany co najmniej od czasów św. Augustyna – znajduje więc zastosowanie polemiczne także w odniesieniu do relatywizmu ograniczającego swoje roszczenia do relacji pomiędzy kulturami.
Nietrudno ponadto zauważyć, że relatywizm kulturowy także w innych punktach okazuje się koncepcją samo-wywrotną. Skoro wszak przyjęliśmy już – całkiem omyłkowo – że pluralizm kultur narzuca na nas obowiązek tolerancji, to powinniśmy konsekwentnie uszanować kultury wykazujące tendencje do podboju i dominacji. Zmierzając zaś ku najskrajniejszym następstwom doktryny – relatywista nie dysponuje żadnymi dobrymi przesłankami, by w decydującym momencie przeciwstawić się horrorowi ludobójstwa. Jeżeli wszystkie kultury są równowartościowe – to ta ufundowana na hekatombie również. Co więcej, niełatwo na gruncie paradygmatu relatywistycznego doszukać się przeciwwskazań względem zbrodni popełnianych przez jednostki. Dlaczego bowiem mielibyśmy dyskryminować je w stosunku do kultur, z których się wywodzą? Relatywizm kulturowy to jedynie uszczegółowienie relatywizmu tout court; ten zaś nie znosi uprzywilejowania.
Prawdę rzekłszy, to właśnie postulat ekspansji i brutalnej pacyfikacji wszystkiego, co odmienne (!) winien widnieć na relatywistycznych sztandarach. Po pierwsze: gdzie brakuje zasad, tam rządzić może tylko wulgarna siła. Po drugie, jak stwierdził znakomity amerykański konserwatysta Alan Bloom: postawą cechującą większość znanych nam formacji kulturowych jest raczej agresja niż tolerancja i raczej wrogość wobec obcych, niż otwartość na ich wpływy. Aprobata dla wielokulturowości to tymczasem idea specyficzna dla świata Zachodu. Jak zatem inaczej określić kulturowy relatywizm, niż jako kolejny przejaw tego przebrzydłego, prymitywnego etnocentryzmu?




Komentarze
Pokaż komentarze (10)