„Jak bida to bić Żyda!”
Długo nosiłem się z podjęciem tytułowego wątku, ostatecznie przekonała mnie do tego wypowiedź radiowa doradcy Prezydenta RP profesora Romana Kuźniara, który stwierdził, że strona polska przez lata przejawiała zbyt daleko idącą cierpliwość wobec litewskich kompleksów, co nie przyniosło nam żadnych korzyści. „Nareszcie!” − chciałoby się zakrzyknąć − w końcu problem został wyartykułowany, nazwany po imieniu! Pierwszym krokiem do zażegnania danego konfliktu, wyleczenia sytuacji jest uświadomienie i określenie (sobie i innym), gdzie jest pies pogrzebany. Przez ostatnie lata, niezależnie od formacji politycznych rządzących Polską nasza polityka wobec Wilna była jednoznacznie przyjazna, a kolejne rządy i kolejni prezydenci zdawali się nie widzieć narastających problemów i elementarnego braku dobrej woli ze strony władz litewskich.
Obecna sytuacja doszła do tego etapu, gdzie ów przysłowiowy zdechły pies zaczyna coraz bardziej cuchnąć, na tyle, że nawet cierpliwość Warszawy zdaje się być na wyczerpaniu. Płynące z kręgów rządowych i prezydenckich sygnały jednoznacznie na to wskazują. Pozostaje mieć nadzieję, że kierunek ten będzie utrzymany i przyniesie pozytywne dla nas rezultaty.
Tak jak należy nazwać problem, aby spróbować go rozwiązać, tak również trzeba zastanowić się nad jego pochodzeniem. Współczesna Republika Litewska funkcjonuje w swoistej schizofrenii próbując określić swoją tożsamość, znaleźć dla siebie jakiś mit założycielski, a jednocześnie próbując przemilczeć sporą część swoich dziejów.
W formułowaniu potocznych stereotypów dotyczących własnej historii nasi sąsiedzi odwołują się do średniowiecza, do czasów pogańskich, Jagiełłę uważają za zdrajcę, a związek z Królestwem Polskim za błąd. Patriotami okazują się za to Janusz i Bogusław Radziwiłłowie, a ich próba przehandlowania Wielkiego Księstwa Litewskiego Szwecji dowodem na ich kunszt polityczny. XIX i XX wiek to walka z wrogimi sąsiadami, chodzi oczywiście o Polaków i Rosjan (kolejność nieprzypadkowa). I wojna światowa przynosi upragnioną niepodległość, gdy to pod auspicjami Niemiec powstaje w 1917 Rada Państwa Taryba. Od tamtej też pory zaczyna się proces scalania ziem „litewskich”, który po pewnym poskromieniu apetytów zakończył się przyjęciem prezentu od Stalina w postaci Wilna w 1939 roku.
Litwini stojąc na pozycjach wąsko i doraźnie pojmowanego nacjonalizmu odrzucają tym samym większość tradycji, do której (przynajmniej w teorii) deklarują przywiązanie. Współczesna Republika Litewska – Lietuva ma tyle wspólnego z Litwą historyczną co dawne plemiona pruskie z Królestwem Pruskim.
Litwa to bowiem pojęcie szerokie, odnoszące się przede wszystkim do dawnych terenów Wielkiego Księstwa Litewskiego, więc między innymi również (ale nie wyłącznie!) do terenów zajmowanych obecnie przez Republikę Litewską. Przecież Mickiewicz pisząc „Litwo! Ojczyzno moja…” nie miał na myśli Żmudzi! Prawo do spuścizny, a więc również i historii Wlk. Ks. Litewskiego mają na równych prawach Polacy, Białorusini, Litwini, Ukraińcy, Żydzi, Tatarzy. Jeśli już szukać bezpośredniego następcy to byłaby to Białoruś, gdyż to właśnie te tereny stanowiły podstawę tamtego państwa, a język ruski długo był językiem urzędowym.
Obecna polityka Wilna nie jest niczym innym jak kontynuacją działań zaborcy rosyjskiego obliczoną na zniszczenie ostatnich pozostałości po Wielkim Księstwie Litewskim. Odwoływanie się do ciasno pojętej ideologii nacjonalistycznej nie tylko stanowi jawne zaprzeczenie idei, na których opierała się Litwa historyczna, ale jest również objawem strachu współczesnej Lietuvy. Ta ząbkująca niepodległość wciąż potrzebuje potwierdzania swojego istnienia i swojej powagi. Z racji wątłych możliwości (de facto brak armii, nikłe znaczenie międzynarodowe) przejawia się to niszczeniem tabliczek z polskimi nazwami, przekręcaniem imion i nazwisk, kradzieżą ziemi, która zamiast do prawowitych spadkobierców trafia do „swoich”. Jednocześnie jesteśmy świadkami formowania się na Żmudzi postulatów dla tamtejszej grupy etnicznej, która domaga się wprowadzenia autonomii i języka żmudzkiego do szkół. Z tej samej Lietuvy w ciągu ostatnich 20 lat wyjechało ponad 700000 (sic!) osób (liczba obywateli spadła obecnie poniżej 3 milionów i wynosi ok. 2,8 miliona), a wciąż chęć natychmiastowego wyjazdu z kraju deklaruje połowa jego obywateli! W przeciwieństwie do Estonii czy nawet Łotwy, Republika Litewska nie stała się tygrysem bałtyckim, nie wprowadziła odważnych reform gospodarczych, nie dokonała masowej informatyzacji kraju jak na przykład rząd w Tallinie. Z sukcesami jest skromnie, więc wedle przysłowia „jak bida to bić Żyda”, a w tym wypadku rolę Żydów pełnią Polacy. Nacjonalistyczna Lietuva połknęła w 1939 roku strasznie duży jak na nią kąsek, jakim jest Wileńszczyzna, a teraz próbuje go (jak na razie bez powodzenia) strawić.
Przy tym wszystkim największe korzyści ze wzajemnych antagonizmów odnosi oczywiście Rosja. A jak uczą doświadczenia XX wieku, geopolityka jest w tej kwestii nieubłagana – o ile Polska bez Litwy może istnieć i funkcjonować, to Litwa (a także Łotwa i Estonia) nie utrzymają niezależności w przypadku gdyby Polski zabrakło. Komu więc bardziej powinno zależeć na utrzymaniu dobrych relacji?


Komentarze
Pokaż komentarze (3)