Zbigniew Ziobro zadeklarował swój udział w wyborach prezydenckich mających się odbyć w 2015 roku. Już sam fakt, że polski polityk jest w stanie planować cokolwiek w perspektywie dłuższej niż najbliższa wypłata diety lub ministerialnych apanaży, musi budzić życzliwe zainteresowanie obserwatorów krajowej sceny politycznej.
A mówiąc poważnie, to Ziobro popisał się refleksem, w końcu niedawno Jarosław Kaczyński zadeklarował, że nie planuje startu w wyborach prezydenckich, tak więc chwilowo miejsce pod szyldem „kandydat prawicy” było nieobsadzone. Teraz, każdy kolejny chętny do podziwiania żyrandoli w Pałacu Namiestnikowskim będzie już tym drugim, tym który „rozbija jedność prawicy”. Dotyczy to prawdopodobnie również samego Kaczyńskiego, gdyby ten zmienił jednak zdanie.
Po stronie Ziobry jest również kalendarz wyborczy ‒ 3 lata to wystarczająco dużo czasu, aby budować odpowiedni wizerunek w mediach, można też bez presji negocjować udzielenie poparcia przez PiS i jego prezesa. Problem Ziobry leży (a może siedzi?) gdzie indziej ‒ w Pałacu Namiestnikowskim.
Okazuje się bowiem, że Bronisław Komorowski rozsmakował się w pełnionej funkcji i co ważniejsze, w opinii zdecydowanej większości Polaków piastuje ją dobrze (według badań CBOS zaufaniem darzy go m.in. 52% zwolenników PiS). To niewątpliwy sukces jak na polityka z bądź co bądź drugiego rzędu, który gdyby nie śmierć Lecha Kaczyńskiego najprawdopodobniej nigdy nie kandydowałby na prezydenta, nie mówiąc już o wygranej w wyścigu o ten urząd.
Komorowski jest mocno osadzony w polskiej rzeczywistości politycznej, można nawet powiedzieć, że w pewien sposób uosabia główne jej nurty ‒ wywodzący się z kresowej szlachty opozycjonista w PRL, polityk z 20-letnim doświadczeniem, a z drugiej strony osoba utrzymująca niewiadomego charakteru relacje ze środowiskiem WSI, o budzącej momentami zdumienie nonszalancji i niekompetencji, a w codziennym działaniu mało zauważalny, chciałoby się rzec nijaki i bez wyrazu.
Ta nijakość jest jednak jego największą zaletą. Umożliwia potencjalnemu wyborcy stworzenie dowolnego obrazu prezydenta, wypełnianie medialnej formy indywidualnymi wyobrażeniami i interpretowanie okrągłych zdań według własnego uznania. Dodatkowo Komorowski, jak wskazują badania, cieszy się sporym zaufaniem narodu, a co za tym idzie ma niski negatywny elektorat (w przeciwieństwie do Kaczyńskiego, Ziobry, a ostatnio również i Tuska). W sytuacji kiedy wyborcy w Polsce częściej niż na kogoś głosują przeciw komuś (lub na złość), stanowi to mocny atut, który w połączeniu z bonusem pełnienia już funkcji prezydenta i życzliwymi mediami czyni z niego potencjalnego zwycięzcę w wyścigu o reelekcję.
Dopóki inni kandydaci nie znajdą własnej ścieżki do sukcesu lub gdy jakieś wydarzenia o charakterze ogólnoświatowym (kryzys horrendum?) nie przeszkodzą, nasz jowialny szlagon z flintą pomieszka na Krakowskim Przedmieściu jeszcze ładnych parę lat i ani Kaczyński, ani Ziobro mu w tym nie przeszkodzą.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)