Po awanturze u prezydenta Klausa, Daniel Cohn-Bendit, lider europejskich zielonych, zabrał się za obcesowe pouczanie Lecha Kaczyńskiego. Powód jest ten sam: Kaczyński – podobnie jak Klaus – piętrzy przeszkody przed przyjęciem Traktatu Lizbońskiego. Czeski aspekt tych harców możemy zostawić Czechom. A jak wygląda aspekt polski?
W wywiadzie dla „GW” niemiecko-francuski polityk mówił: - „Problemem jest nie to, czy panu Kaczyńskiemu podoba się traktat. Problemem jest podpis w sytuacji, gdy traktat ratyfikowały demokratyczne ciała i zgadza się na niego trybunał konstytucyjny.”Pomijając fakt, że Trybunał Konstytucyjny niczego jeszcze na temat Lizbony nie powiedział, jak też przymykając oko na niechlujną formę wypowiedzi, można te słowa odczytać jako wyraz pewnych poglądów politycznych. Zdaniem Pana Cohn-Bendita, Prezydent Polski nie powinien blokować ratyfikacji, skoro Parlament uznał, że jest ona potrzebna. Nie trzeba się z tym poglądem zgadzać, ale można go zrozumieć.
Ciekawsze kwiatki następują dalej: - „Jeśli jutro będę w Polsce, zapytam prezydenta Kaczyńskiego o to samo[co Klausa – dop. S.Ż.]. Zapytam: Jaka jest podstawa prawna tego, że pan nie podpisuje?” Podobnie dociekliwymi pytaniamidzielił się Cohn-Bendit z dziennikarzami Radia Zet oraz TVN 24. W wypowiedzi dla Radia Zet ponowił troskę o to, czy zachowanie Prezydenta Kaczyńskiego ma podstawy prawne, a także powtórzył fałsz na temat rzekomego stanowiska TK: - „Trybunał Konstytucyjny orzekł, że jest on [Traktat Lizboński – dop. S.Ż.] w porządku”. Z kolei w rozmowie z TVN 24 poszedł na całość, uznając że blokowanie Lizbony oznacza powrót do czasów Stalina. - „Polski prezydent jest ponad demokracją? A jak jest, to wracamy do czasów Stalina. (...) To nie demokracja. To Orwell 1984”[cytaty za portalem interia].
Dziennikarze, którzy odpytują Cohn-Bendita, a także ci, którzy później relacjonują jego słowa – przyjmują te wywody ze śmiertelną powagą. Tymczasem powinni zadać sobie nieco trudu i zweryfikować, czy aby ta powaga jest uzasadniona. Okazuje się, że nie jest. Sam fakt, że eurodeputowany powołuje się na orzeczenie TK, którego nie było – mówi sam za siebie. Wykazuje też ignorancję, jeśli chodzi o kompetencje polskich organów państwowych w zakresie ratyfikowania traktatów międzynarodowych. Niestety nie jest w tej ignorancji odosobniony, bowiem to samo można powiedzieć o większości osób, które zabierają głos w polskiej debacie publicznej.
W efekcie, do opinii publicznej z trudem dociera informacja, że – zgodnie z naszą Konstytucją – organem uprawnionym do ratyfikowania umów jest Prezydent, a nie Parlament. Wynika to z art. 133 ust. 1 pkt 1 Konstytucji. Ponadto, do ważności prezydenckiego aktu ratyfikacyjnego wymagana jest kontrasygnata (dodatkowy podpis) premiera (zob. art. 144 ust. 2). Dlatego też p. Cohn-Bendit myli się, kiedy mówi, że „traktat ratyfikowały demokratyczne ciała[tj. Sejm i Senat]”. Owe demokratyczne ciała istotnie maczały w całym procesie palce, ale ich działania nie powinny być nazywane ratyfikacją. Parlament uchwalił jedynie ustawę, w której wyraził zgodę na to, by traktat został ratyfikowany przez Prezydenta. O takich właśnie ustawach mówi się w art. 89 i 90 Konstytucji.
Niestety zrozumienie tych spraw – w gruncie rzeczy prostych – jest utrudnione przez mętlik pojęciowy, jaki panuje w naszej debacie. Dopiero po rozplątaniu tego mętliku można się odnieść do sugestii p. Cohn-Bendita, że Prezydent stawia się ponad demokracją, funduje nam powrót do czasów Stalina, tudzież buduje państwo znane z powieści „1984”. Te sugestie są oczywiście bzdurne. W sprawie Traktatu Lizbońskiego Pan Prezydent porusza się w granicach kompetencji, jakie zostały mu przyznane w Konstytucji.Tymczasem jej demokratyczny charakter nigdy nie budził wątpliwości.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)