Polski rząd, z osobistym udziałem prof. Bartoszewskiego, podejmuje duże wysiłki, żeby zablokować udział pani Eriki Steinbach w budowie tzw. Widomego Znaku. Czym ten Znak konkretnie będzie, to – jak się zdaje – jeszcze nie wiadomo, ale clue sprawy polega na tym, żeby w okolicy, broń Boże, nie plątała się Pani Steinbach. Jeżeli się tam zaplącze, to – jak sugeruje prof. Bartoszewski – stosunki polsko – niemieckie doznają poważnego uszczerbku. W tym kontekście, pan profesor użył nawet barwnego porównania do hipotetycznej koncepcji, wedle której delegatem Watykanu do rozmów z Żydami zostałby biskup Williamson, znany z tzw. "negowania Holocaustu".
Z drugiej strony, wszystko wskazuje na to, że Widomy Znak będzie ucieleśnieniem idei "Centrum przeciwko wypędzeniom", a więc idei wypielęgnowanej przez panią Steinbach. Nawiasem pisząc, prof. Krasnodębski twierdził ostatnio w "Rzeczypospolitej", że prasa niemiecka coraz częściej używa nazwy "Centrum przeciwko wypędzeniu", gubiąc w ten sposób kłopotliwą liczbę mnogą, co ma ujawniać prawdziwy i jedyny sens projektu, czyli celebrowanie niemieckiego cierpienia na tle II wojny światowej.
Od strony formalnej, istotą bieżącej kontrowersji jest pytanie, czy pani Steinbach wejdzie do 12-osobowej Rady Muzeum Historii Niemiec, która w budowie "Widomego Znaku" sprawować będzie funkcję nadzorczą. Nie będę udawał, że jestem ekspertem od tych spraw, jednakże nawet powierzchowna znajomość faktów wystarczy, by zauważyć, że sens zabiegów polskiego rządu względem Rady Muzeum oraz Widomego Znaku jest albo wątpliwy albo nikt go należycie nie wyjaśnił.
Przypomnijmy, że do niedawna sama idea "Centrum przeciwko wypędzeniom (wypędzeniu)" uważana była za pomysł skierowany przeciw narodom Środkowej Europy, w tym – przeciw Polakom. Komplikacje międzyrządowe wynikać miały stąd, że projekt miał dostać oficjalny stempel państwa niemieckiego, jak też jego finansowe wsparcie. Z kolei pani Steinbach była malowana w czarnych barwach głównie dlatego, że to ona firmowała ideę Centrum. Były wokół niej także inne kontrowersje, ale na dobrą sprawę, ich ranga była znacznie mniejsza i teraz mało kto o nich pamięta. Główny problem z Panią Steinbach zawsze polegał na tym, że chciała upamiętniać cierpienia wypędzonych, co – zdaniem krytyków – miało prowadzić do przedstawiania Niemców „jako ofiary II wojny światowej”. Osobiście czuję, że logika podobnych sporów „o pamięć” – w której osadzony jest przytoczony zarzut – nie jest wiele warta, ale trzeba się z nią liczyć, kiedy człowiek relacjonuje fakty.
Fakty są zaś takie, że rząd niemiecki realizuje właśnie ideę, za którą pani Steinbach dostawała cięgi od polskich rządów oraz była mocno krytykowana w polskiej prasie. Tymczasem rząd Donalda Tuska przyjął już do wiadomości, że ta idea zostanie zrealizowana, ale – w ramach rekompensaty – postanowił się odegrać na pomysłodawczyni. Jeśli odrzucimy hipotezę, że pan premier i prof. Bartoszewski postanowili pokazać Polakom, na czym polega konstrukcja błędnego koła – trudno zrozumieć sens tych zabiegów. Nie można wykluczyć, że protesty przeciw pani Steinbach jeszcze jakiś sens mają. Zauważmy jednak, że – póki co – jest on okryty tajemnicą.


Komentarze
Pokaż komentarze (31)