W ostatnią niedzielę gościł w Krakowie Kabaret pod Egidą, czyli - od zawsze - solidna firma krajowej satyry. Jan Pietrzak niezmiennie gromadzi dużą publiczność bez żadnych protez w postaci rządowych, czy samorządowych dotacji. Za jego występy płaci się w kasie, żywą gotówką, co nie jest polską normą i świadczy o rynkowym sukcesie. Na krakowskie przedstawienie przyszło - na oko - ok. 800 widzów, którzy niemal całkowicie wypełnili aulę Auditorium Maximum UJ. Występ spotkał się z dobrym przyjęciem, acz trudno nie zauważyć, że w tej kabaretowej maszynce - coś zaczyna szwankować. Niewykluczone, że szwankowało od dawna, ale wcześniej nie chciałem tego widzieć.
Zgodnie z prostacką interpretacją, ząb czasu jest nieubłagany i nie omija nawet „człowieka z Kabaretu”; ten zaś – jak sam zauważył na przedstawieniu – obchodzi właśnie 50-lecie pracy scenicznej. Z drugiej strony, kiedy Pietrzak zadaje sobie nieco trudu, by sprostać nowym czasom, nadal słychać błyski dobrego dowcipu. Niestety, coraz częściej porzuca normalny, żywy kabaret na rzecz konwencji, którą nazwałbym gablotą wspomnień. Wspomnień po dawnych sukcesach, emocjach, klimatach... Nie uważam, by parę dowcipów z PRL dyskwalifikowało program kabaretowy. Jednakże, katastrofą będzie program, w którym te dowcipy – dobre, ale nieaktualne – wypełnią większość czasu. Szef Egidy nie osiągnął jeszcze tego poziomu, ale zbliżył się doń niebezpiecznie. Na dokładkę, do długiej kolekcji staroci dorzuca irytujący refren, który – z grubsza – brzmi następująco: „właśnie tak żartowaliśmy z władzy, a ona bała się tego, jak ognia...”
Równie rażące są monologi historyczno-oświatowe, w których Pietrzak wykłada swoją wersję dziejów, po czym domaga się od publiczności, żeby „przekazywała te nauki dzieciom”. W niedzielnym programie padły co najmniej dwa takie wezwania, czyli – jak na mój gust – o dwa za dużo. Konwencja wykładu historyczno-politycznego nie pasuje do kabaretu, który powinien być przede wszystkim zabawny. Może być też - od czasu do czasu - patetyczny (w stylu: "Żeby Polska..."), ale musi być w tym jakiś pomysł. Nie jest takim pomysłem pogadanka, w której artysta ustawia się w roli wyroczni i mówi ludziom, co mają myśleć oraz powtarzać innym. Piszę tutaj o swoich własnych odczuciach, które – muszę to podkreślić – niekoniecznie współgrały z reakcjami sali. Jak zauważyłem, ludzie bili brawa także tam, gdzie – moim zdaniem – Pan Janek przynudzał.
Powyższe uwagi mogłyby sugerować, że niedzielny występ Egidy był totalną klapą – przynajmniej w oczach Waszego recenzenta. Nic z tych rzeczy. Niezależnie od poczynionych zastrzeżeń, przedstawienie okazało się umiarkowanym, ale jednak sukcesem. Główna w tym zasługa Pawła Dłużewskiego – komika, który jest w znakomitej formie, od kiedy go pamiętam, czyli od dwóch dekad. Z niedzielnego spektaklu, z największą przyjemnością zapamiętam parodię Waldemara Pawlaka, tłumaczącego woltę PSL w komisji hazardowej oraz podobną parodię Andrzeja Leppera – również na tle wydarzeń z ostatnich tygodni. Pawlak, który tłumaczy swoim drżąco-beczącym głosem, że pp. Sobiesiak i Chlebowski postąpili nieroztropnie, bo „mogli się przynajmniej wtopić w kondukt” – to prawdziwa perełka.
Bardzo silnym punktem był też Ryszard Makowski. Artysta ten – znany niegdyś z kabaretu OT.TO – dwa lata temu przypomniał o sobie piosenką „Platforma cię kocha”. Utwór kosztował go posadę dyrektora domu kultury, co pomogło mu - na nowo - uzyskać pewną popularność. Dlatego też w niedzielnym spektaklu nie mogło zabraknąć „Platformy”. Jednakże, prawdziwą ozdobą wieczoru była mniej znana piosenka, poświęcona pewnej niemieckiej firmie lotniczej, którą ukochał niegdysiejszy kandydat na polskiego premiera. Sam tytuł „Ratujcie mnie czyli nie lataj Lufthansą” obiecuje znakomitą satyrę, zaś tekst, muzyka i wykonanie – spełniają tę obietnicę z naddatkiem. Na wypadek, gdyby moja wzmianka podrażniła czyjąkolwiek ciekawość, polecam niezawodną stronę youtube, gdzie usłyszą Państwo piosenkę w wykonaniu garażowo-domowym.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)