Maria Mackiewicz wiodła całkiem zwyczajny tryb życia, gdy pewnego dnia właściciele przedwojennej willi, w której wynajmowała pokój, postanowili znaleźć jeszcze jednego lokatora. Wtedy przeznaczenie postawiło na drodze Marii Lecha, który stał się najpierw jej sąsiadem, a bardzo szybko także chłopakiem. Od tego momentu jej życie nierozerwalnie związało się z polityką. Była przy mężu w każdym momencie, akceptowała wszystkie decyzje. Nie skarżyła się, gdy musiała go, internowanego, odwiedzać w Strzeblinku, ani gdy nie miał dla niej, choć już ciężarnej, wystarczająco czasu.
Maria Helena Kaczyńska, z domu Mackiewicz - pierwsza dama Polski - urodziła w Machowie na Wileńszczyźnie.
Kiedyś powiedziała że losy kresowiaków wojna pisała według jednego scenariusza: śmierć ojca w wojennej zawierusze - od kuli lub w sowieckim łagrze i matka, na którą spadał ciężar utrzymania rodziny.
Była córką Lidii z domu Piszczako i Czesława Mackiewiczów. Jej matka była nauczycielką a ojciec leśniczym.
Czesław Mackiewicz był przystojnym, towarzyskim, z poczuciem humoru. Tradycyjny silny i odważny.
Na Wileńszczyźnie walczył w partyzantce AK, po wojnie był za to aresztowany. Kochał las i potrafił go słyszeć. Zginął w wypadku w 1976 roku. Samochód, który prowadził, wpadł w poślizg i zjechał z nasypu. W szpitalu personel nie zauważył, że ojciec ma pęknięte żebro. Kość przebiła mu płuco. Gdyby mu zrobiono rentgen, można go było uratować. Jeden z jego braci walczył w szeregach II Korpusu gen. Władysława Andersa pod Monte Cassino, zaś drugi brat został zamordowany przez NKWD w Katyniu.
Rodzice: Lidia i Czesław, po wojnie wybrali życie w Polsce. Najpierw mieszkali w Bydgoszczy, potem w Człuchowie na Pomorzu. – Jak wielu repatriantów zza Bugu szukali dla siebie miejsca do życia.
Jak wspominała w wywiadzie – „miejsca urodzenia nigdy potem nie poznałam, moje najwcześniejsze, dość mgliste wspomnienia wiążą się z leśniczówką”. Po Człuchowie ojciec objął posadę leśniczego koło Złotowa – pięknego starego miasteczka na Pojezierzu Pilskim. „Mama – nauczycielka – pracowała w tamtejszej szkole. Codziennie dojeżdżała pociągiem do pracy i w końcu rodzina się przeniosła. – Do pierwszej klasy poszłam już w Złotowie. Wynajmowaliśmy przez dwa lata mieszkanie w poniemieckim domu przy ulicy Domańskiego. Oboje z młodszym bratem Konradem byliśmy dziećmi bardzo wątłymi. Ja miałam wrodzoną wadę serca, on był niejadkiem. Domowy, zaprzyjaźniony lekarz zalecił zmianę klimatu i tak wyjechaliśmy z mamą na długie wakacje do Rabki, uzdrowiska dla dzieci. Już w Rabce mama zadecydowała, że zostajemy na stałe”. – Mówi pani zadecydowała. To ona rządziła w domu? – „Mama bardzo nas kochała i nasze zdrowie zawsze było dla niej najważniejsze. Była silną kobietą, typową „Siłaczką”, aktywną, stanowczą kobietą” – pani prezydentowa uśmiecha się. – „Wynajmowaliśmy pokój u górali, a gdy dołączył do nas ojciec, rodzice wyremontowali opuszczone mieszkanie i tam spędziliśmy dobre parę lat. Skończyłam tam szkołę podstawową, a potem Liceum im. Romera. Do dziś pamiętam swoich profesorów: francuskiego uczyła pani Madlerowa, profesor Tomaszewski uczył łaciny, historii i logiki, szkolnym katechetą był ksiądz Mieczysław Maliński, którego nie tylko młodzież uwielbiała..
- Marylka była naszą, wyjątkowo grzeczna uczennicą. Koleżanki mówiły do niej "Muszka". To bardzo do niej pasowało, była cichą, zdyscyplinowaną, drobną, ale bardzo ruchliwą. I bystrą. Bardzo dobrze się uczyła - wspomina była nauczycielka liceum.
Po ukończeniu liceum w Rabce Zdroju rozpoczęła studia w Sopocie. Jakby chciała uciec na drugi koniec świata... .
- „Przed maturą odkryłam, że można studiować transport morski. Taki kierunek, który ma w sobie i turystykę, i żeglugę, i gospodarkę, i handel. Wydawało mi się, że jak skończę te studia, to będę podróżowała. Zawsze chciałam uczyć się języków. Francuski miałam w szkole średniej, na studiach doszedł mi angielski. Poszłam też na kurs hiszpańskiego, teraz robię przyjemność niektórym ambasadorom, gdy odzywam się do nich po hiszpańsku. No i rosyjski. Do dziś mogę recytować wiersze. – To poprosimy. – „Eugeniusz Oniegin”. Proszę bardzo. „ Moj diadia samych czestnych prawił, kogda nie w szutku zaniemog, on uważat’ siebia zastawił i łuczsze wydumat’ nie mog...”. Cha, cha! Nawet Majakowskiego znam, ale tylko trzy słowa: „ Lewoj, lewoj, lewoj”.
Swojego męża poznała w 1976, gdy pracowała naukowo w Instytucie Morskim, a on studiował.
- ”Wówczas Leszek angażował się dla sprawy. Dla Polski. Opowiem wam taką historię. W 1977 roku był zaangażowany w pracę Biura Interwencyjnego KOR. Co pewien czas przywoził do Trójmiasta kilka stron maszynopisu. A ponieważ bezpieka deptała mu po piętach, to bałam się, że go zatrzymają. Kiedy jechaliśmy pociągiem razem, nie chcąc mnie narażać, nauczył się w kilka godzin tekstu na pamięć i przewiózł go w głowie”.
Dwa lata później pobrali się. W 1980 na świat przyszła ich jedyna córka Marta.
- „13 grudnia 1981 roku zabrali Leszka dwie minuty po północy. Wcześniej Marta nie mogła zasnąć i Leszek próbował ją uśpić. Coś śpiewał, opowiadał bajki. Ja się jeszcze krzątałam po domu. Nagle ktoś puka do drzwi, grzecznie pytam: „Kto tam?”. Odpowiadają, że poczta. Otworzyłam, chociaż do dzisiaj się dziwię, jak mogłam uwierzyć, że o północy puka listonosz. Przedstawili nakaz zatrzymania i tak zostałam sama z półtorarocznym dzieckiem na ręku...


Komentarze
Pokaż komentarze (3)