Raczej pesymista Raczej pesymista
340
BLOG

Zebranie spółdzielni

Raczej pesymista Raczej pesymista Rozmaitości Obserwuj notkę 10

Nie, tym razem już nie pójdę. No przecież wiesz dobrze, że to bez sensu. Spółdzielczy moloch, relikt PRL-u. Tam przecież chodzą sami swoi i przegłosowują co im pasuje. No daj już sobie spokój, szkoda czasu.

Poszedłem. Jeszcze ten jeden raz. W końcu to rzadka okazja, aby poczuć się jak za komuny. (Tak mi się przynajmniej wydaje, bo ze względów rocznikowych tamtych czasów nie pamiętam. Nie żebym specjalnie nad tym bolał.) Lekcja historii na żywo. Spółdzielczy park jurajski. OK, tłumaczę sobie, paru ludzi chce się postawić układowi. A ja mam w sobie coś takiego, że odruchowo czuję do takich - obcych i nieznanych mi przecież ludzi - jakąś sympatię. Przyjmijmy więc, że z tego powodu idę. Posłuchać, popatrzeć, symbolicznie wesprzeć jednym głosem, który przecież i tak nic nie zmieni.

No to idziemy. Na sali nie za dużo ludzi, ale cały czas się schodzą. Jak przypuszczam, klika ściąga swoich znajomych, żeby grzecznie podnieśli rączki. Zebranie zaczyna się z poślizgiem ponad pół godziny. Zaczęło się wreszcie. Zebraniu przewodniczy Stanisław Anioł. To znaczy facet o bliźniaczej wręcz aparycji - naprawdę, jakby żywcem z filmu wyjęty (szacunek dla Stanisława Barei i Romana Wilhelmiego!). Anioł na oko skończył osiem klas (a może za jego czasów było siedem, sam już nie wiem), a może skończył więcej, jeśli tak, to serdecznie przepraszam, ale wrażenie robi właśnie takie. Mimo to, a może właśnie dlatego, nie ma żadnych oporów przed strofowaniem radcy prawnego spółdzielni (sic!): "to ja tu udzielam głosu". Biedny radca znosi dzielnie te udręki, ale kiedy Anioł każe mu czytać projekt uchwały, która jest bezprzedmiotowa (!) ledwie wytrzymuje - Pan Przewodniczący dopiero za trzecim razem załapuje, o co chodzi.

"Buntownicy" niestety nie są najlepiej przygotowani merytorycznie. Widać, że udzielają się im emocje. Władza kontratakuje, stosując sprawdzony patent divide et impera. -Państwo by chcieli mieć parking dla siebie, a co z innymi mieszkańcami? -Nie, nie chcemy parkingu dla siebie, chcemy tylko, żeby ci z nowego bloku od dewelopera, co nie mają własnego parkingu, nie zajmowali miejsc na spółdzielczym... Dyskusja robi się emocjonalna, ku uciesze władz. Włączają się porozmieszczani w strategicznych punktach "agenci": jak się nie podoba, to się można wyprowadzić! Buntownicy mają lekcję demokracji w wydaniu spółdzielczym.

Wniosek przepada, a ja powoli zbieram się do wyjścia. I tak przesiedziałem tam prawie dwie godziny - kurczę, zanim takie zebranie spółdzielcze naprawdę się rozpocznie, zanim wybiorą się wszystkie komisje, człowiek może wrosnąć w ziemię! Dobrze chociaż, że przegłosowano zmianę porządku obrad, bo w przeciwnym razie na początku trzeba by wysłuchać kilkugodzinnych sprawozdań (taktyka na zamęczenie przeciwnika). Nie, dziękuję!

Tak sobie jeszcze myślę, żeby poprosić o głos i powiedzieć, że jest tylko jedno skuteczne rozwiązanie dylematu z miejscami parkingowymi: mniej samochodów! Sam nie posiadam i każdemu polecam! Życzę zdrowia! Ale co będę gadał, ludzie tylko popatrzą na mnie jak na wariata.

A pomyśleć, że spółdzielczość narodziła się jako oddolna idea. Pierwsze spółdzielnie mieszkaniowe Polacy zakładali ponoć jeszcze pod zaborami. To PRL zniszczył spółdzielczość, tworząc wielkie, niesterowalne molochy. Dziś na zachodzie ludzie zakładają małe spółdzielnie i budują mieszkania nie oglądając się na deweloperów. Ale w Polsce jeszcze długo do tego nie dojdziemy.

Żyjemy dalej.

Wolę obserwować rzeczywistość, niż czynnie włączać się w bieg wydarzeń. Generalnie czarno to widzę. Chciałbym podzielić się czymś z bliźnimi i doszedłem do wniosku, że jeśli już, może być to właśnie mój twórczy pesymizm.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Rozmaitości