Kuchennik Kuchennik
667
BLOG

Kurczak pieczony "wszystkie smaki lata"

Kuchennik Kuchennik Rozmaitości Obserwuj notkę 7

Gdy byłam dzieckiem, podział na obiad "codzienny" i "świąteczny" był bardzo wyraźny. Od poniedziałku do soboty (pracującej) włącznie robiło się takie obiady, które były szybkie i niedrogie - często były to same zupy "z wkładką mięsną".

Niedziela była chwilą wytęsknionego (i nieczęstego) relaksu, celebrowało się ją więc z całych sił.Zasada była podstawowa: trzy dania są obowiązkowe. Bardzo często był to długo gotowany, esencjonalny, aromatyczny rosół wołowy, wtedy na drugie "sztukamięs", dobrze, jeśłi "z kwiatkiem" (odsyłam do Wiecha!). Potem przez kilka dni jadło się najlepsze pierogi mojej mamy: z resztek "sztukamięsa" duszonych z kapustą kiszoną (ale to osobny temat; temat - poezja!).

Rodzice mieli spory ogródek, a w nim wszelkie możliwe owoce i warzywa (pracowali na pełne etaty!), do pewnego momentu hodowali też drób. Ah, te kurczęta wiosenne, trochę większe od gołębia ... Na rosół się to nie nadawało (znacznie lepsza była stara kura lub nawet kogut), ale na pieczyste ....

Jedną z form wykorzystania tych niedorosłych kur (drugą były "jajka od młodej kurki", o połowę mniejsze od zwykłych sklepowych) były kurczaki pieczone z darami pół i lasów.

Kilkakrotnie już wspominałam, że w moim domu rodzinnym uprawiało się wiele warzyw. Moim obowiązkiem, zanim zaczęłam pomagać Mamie na serio (a potem nawet ją zastępować w robieniu obiadu) był "garnitur" do niedzielnego obiadu.

Od najmłodszych lat kochałam grzybobranie, najczęściej też jako pierwsza w całej okolicy czułam, że to już TEN czas . Czasem nawet w maju, w brzozowym zagajniku, trafiało się na stadka - nomen omen - kurek, niewyrośniętych jak ich zwierzęce kuzynki. Oczyszczanie takich maleństw trochę trwało, ale zawsze było warto.

No, a z ogródka przynosiło się, co tam akurat urosło: młodziutkie marchewki, wielkości małego palca, bo przecież i tak trzeba przerywać. Maleńkie cebulki, razem ze szczypiorkiem. Obowiązkowo duża garść fasolki szparagowej, tak młodej, że nie miała włókien. Pierwsze, dopiero co ukształtowane, kalafiory, mniejsze od dziecięcej pięści. A ponieważ rodzice mieli też namiot foliowy, to bardzo wcześnie dostępne były też wspaniałe, aromatyczne pomidory, najczęściej "Malinowe".

To wszystko było (jeśli trzeba) obierane lub skrobane, myte, osuszane i układane wokół kurczaków. Z przypraw tylko i wyłącznie: sół, pieprz i sok z cytryny lub, jeśli nie było jej "w handlu", kwaśnie jabłko pokrojone na ćwiartki.

Ojciec piekł kurczaki w prodiżu, ja jednak (a też mam ogródek, choć bardzo maleńki) zadowalam się zwykłym piekarnikiem. Blaszkę z ... no dobrze, niech będą udka kurczaka - byle nie piersi, litości! - wstawiamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 180%. Pieczemy do miękkości absolutnej, czyli tak, żeby mięso odchodziło od kości, a warzywa rozpływały się w ustach.

Mięso obowiązkowo przewracamy kilkakrotnie w trakcie pieczenia - chodzi o to, aby ze wszystkich stron nasyciło się smakiem i aromatem warzyw. Warzywa też staramy się odwrócić "do góry dnem", aby spijały równomiernie soki na dnie naczynia, ale robimy to bardzo ostrożnie, aby ich nie uszkodzić.

Nie mogę określić czasu pieczenia - prawdopodobnie będzie to między godziną a półtorej.

Kuchennik
O mnie Kuchennik

Jestem skromna, zdolna i pełna poświęcenia.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Rozmaitości