Na ten moment czekałam od kilkunastu dni: żeby spadł deszcz i umył rośliny. Teraz trzeba szybko iść przed nową falą deszczu (a sądząc po chmurach, długo czekać nie będziemy!) i nazbierać kwiatów na śmieszną kolację. Nadają się różne, ale ja - tak ze względów smakowych, jak i praktycznych - preferuję kwiaty akacji i bzu czarnego (leczniczego). Akacja to oczywiście robinia, ale większość osób zna ją pod pierwszą nazwą. Bez czarny, roślina lecznicza, rośnie w wielu przydomowych ogródkach i w zasadzie wszędzie (jest bardzo pospolity), ale nie można zrywać kwiatów z roślin rosnących przy ruchliwych arteriach. Kiście akacji i baldachy bzu ucinamy tak, by zostało jak najdłuższe "trzymadło".
Przygotowujemy ciasto jak na naleśniki: szkłanka mąki, pół szklanki wody gazowanej, pół szklanki mleka, jedno jajko, szczypta soli, a dodatkowo ćwierć łyżeczki proszku do pieczenia miksujemy i odstawiamy na pół godziny. Kwiaty układamy na papierowych ręcznikach, żeby je osączyć. W rondelku rozgrzewamy olej (sporo, tak, żeby kwiaty były swobodnie zanurzone) i rozgrzewamy go na średnim ogniu. Robimy próbę: wrzucamy kawalątek chleba - gdy olej natychmiast zaczyna pracować wokół niego, możemy przystąpić do pracy właściwej.
Kwiaty zanurzamy w cieście (trzymając za wcześniej przygotowany "trzymacz"), czekamy, aż nadmiar spłynie, po czym delikatnie zanurzamy je w oleju. Delikatnie, żeby nie napryskać olejem. Palców nie zanurzamy w cieście ;-D Smażymy, od czasu do czasu obracając łyżką dziurawką, a gdy ciasto nabierze złocistego koloru - wyjmujemy je na papierowy ręcznik, dla osączenia z tłuszczu, po czym każdy posypujemy cukrem-pudrem.
Nie można dać zbyt wiele kwiatów na raz do oleju, bo będą się dusić, a nie smażyć. Absolutnie nie mogą się z sobą stykać.





Komentarze
Pokaż komentarze (6)