tambylecpiefkej tambylecpiefkej
37
BLOG

Tanie podróże

tambylecpiefkej tambylecpiefkej Podróże Obserwuj temat Obserwuj notkę 0

 

Tania turystyka
Co rok większość z nas bierze dłuższy urlop od wszystkich swoich obowiązków i jeżeli nic nie stoi na przeszkodzie rusza jak najdalej od swego miejsca zamieszkania by odpocząć w jakimś atrakcyjnym zakątku świata. Oczywiście, jeżeli pozwala na to domowy budżet, bo w przeciwnym razie pozostaje nam jedynie przesiadywanie przed domowym kinem, a w najlepszym przypadku swobodne rozmowy z koleżkami nad kilkoma kuflami browaru lub czegoś tam mocniejszego. Lecz jeśli już uda nam się wyjechać i to jeszcze szczęśliwie z całą rodzinką bądź nieszczęśliwie tylko z ponętną sekretarką, to jesteśmy w „siódmym niebie”. Niestety często taka wycieczka znacząco czyści nam portfele, a co gorsza czujemy pewien niesmak, gdyż jak się okazuje w praktyce towar, za który płacimy horrendalne ceny, w naszym mniemaniu nie jest tyle wart. I rzeczywiście nie jest wart swojej ceny.
Na pewno wielu z was pamięta jak zarezerwowało sobie pokój w hotelu, lub na stancji a po wprowadzeniu się znajdowaliście brud wokół łóżek, grzyb na ścianie, albo niemiły zapach z pobliskiej toalety. I na pewno nie było tego w ofercie i cena nie była z tego powodu niższa niż w konkurencyjnych lokalach. Podobnie sytuacja wyglądała po opuszczeniu swojego lokum i udaniu się na zwiedzanie atrakcji turystycznych. Po drodze się zgłodniało, a tu tylko Fast foody. Kupujemy hot doga, zapiekankę lub kebaba i potem nie chce to przejść nam przez gardło. Piwo drogie, inne napoje chłodzące są ciepłe, lody wodniste itd. Sam kiedyś się naciąłem, gdy zobaczyłem reklamę lokalnego „Aqua Parku”, w którym miały być rekiny, piranie i jeszcze kilka dużych (z nazwy) stworzeń wodnych. Gdy w końcu doszedłem po znakach do tego cudu natury, to zobaczyłem spory budynek z ogromną reklamą. Jednak za wejście należało zapłacić z góry po 20zł za osobę i to bez żadnej ulgi dla dzieci, a po wkroczeniu do budynku okazało się, że całe to akwarium znajduje się w dwóch niedużych pomieszczeniach, a same rybki umieszczone w kilku pokojowych akwariach i największa z nich ledwo, co przerastała moją dłoń. Ale i owszem, wśród tych rybek były i rekiny i piranie i wszystkie inne opisane w plakatach reklamowych tyle, że raczej świeżo po opuszczeniu ikry. Jak to zobaczyłem to pomyślałem, że te 20zł to powinno być za wejście całej mojej czteroosobowej rodziny, a nie od łebka. Niestety jest to norma w centrach turystyki.
Czy można jakoś przeciwdziałać tym praktykom? Oczywiście. Ale skuteczność naszych działań będzie zależała od warunków, w jakich będziemy się aktualnie znajdować. Najłatwiej będzie nam się zbuntować, gdy na danej wycieczce będziemy sami, ewentualnie w większej grupie samców o podobnym usposobieniu. W tedy po prostu możemy z wielu rzeczy zrezygnować, które z góry wydadzą nam się niewarte swojej ceny. Gorzej, gdy będziemy w towarzystwie atrakcyjnej laseczki, bo wtedy nasza percepcja spada. Chcąc jej zaimponować stajemy się mniej czujni i wtedy łatwiej jest nas oszukać. Jednak najgorzej jest, gdy mamy pod swoją opieką gromadkę dzieci. Im nie można wytłumaczyć, że błyszcząca maskotka na najbliższym straganie w cenie 15zł jest kawałkiem nic nie wartego kartonika, który w dodatku łatwo samemu sobie wyciąć. Nie mniej jednak, z każdej sytuacji jest wyjście, które pozwoli nam obniżyć koszty naszej zachcianki. Po pierwsze i najważniejsze, zachowajmy trzeźwość umysłu. Najlepiej z góry wyznaczyć określoną kwotę na całą wycieczkę i odpowiednio ją podzielić na liczbę dni tegoż wyjazdu, plus ok. 10-15% zapasowej gotóweczki na niespodzianki, typu awaria środka lokomocji, tudzież nieoczekiwany mandat. Mając ze sobą ukochaną ślicznotkę, to warto zaopatrzyć się w sporej wielkości worek z pokruszonym lodem, by było, w co własne jaja wsadzić i zastanówmy się, jaką ta panienka będzie tanią żoną, jeśli przed ślubem nie stać nas na jej utrzymanie. Jeśli jednak nie mamy zamiaru się z nią wiązać, to najprościej jest szybciutko ją zbajerować na zasadzie, jakie to ona ma śliczne, długie, czarne, kręcone zęby i po tym ekspresem zaciągnąć do wyrka i naharować się zawczasu na najbliższy tydzień. Zazwyczaj po takiej porcji ćwiczeń, sama będzie nam nadskakiwać, a jeśli to bardziej wyrachowana sztuka, to od razu pomachać na pożegnanie swojej ostatniej wypłacie. No, ale to już jest ból zakochanego. Natomiast w przypadku posiadania swojej własnej garstki dzieci, to nie pozostaje nam nic innego jak tylko być twardym, a nie miękkim i jasno postawić sprawę ile można wydać dziennie na zabawę swoich pociech. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest to zadanie niezmiernie trudne do wykonania zwłaszcza, gdy podopieczni zaczną robić swoje wyćwiczone minki, przytulanki, pobekiwania itd., ale należy pamiętać, iż umiejętność odmowy bardzo się nam opłaci zwłaszcza, gdy nasze pociechy będą starsze i ich oczekiwania finansowe w stosunku do nas będą większe (z naciskiem na słowo większe).
W swoim życiu miałem okazję przećwiczyć wszystkie opisane wyżej opcje. Obecnie z własną rodzinką, czyli żoną i trójką dzieci znacznie ograniczam wszelkie dłuższe wycieczki. Do moich miesięcznych wydatków dochodzi jeszcze wysoki kredyt hipoteczny, co niezmiernie utrudnia mi swobodne hasanie po świecie. Ale nie powiem, abym całkowicie zrezygnował. Jednak pamiętam o swoich doświadczeniach i teraz korzystam z nich w praktyce. Na początek przeczytajcie jak urządzałem sobie sylwestra za granicą, jeszcze kilka lat temu. Nie miałem wtedy jeszcze rodzinki, ani specjalnego zapasu gotówki, ale miałem i mam do dzisiaj optymistyczne podejście do życia, trochę odwagi i ciutkę szaleństwa. Dlatego bawiłem się wystrzałowo i za grosze.
Z Warszawy na Bornholm przez Berlin.
Czy zastanawialiście się kiedyś, ile może kosztować jednodniowa wycieczka zagraniczna, do miejscowości położonej w jednym z sąsiednich krajów? Albo przynajmniej marzyliście kiedyś, aby zahaczyć o jakiś znany ośrodek wypoczynkowy i spędzić tam miło kilka godzin. Każdy z czytelników tego bloga, przynajmniej raz chciałby spędzić swój urlop gdzieś daleko poza granicami naszego kraju. Co więcej, wielu z was nawet gdzieś tam było, a i są tacy, co jeżdżą nieco częściej niż inni tambylcy.
Niestety zakładam, że większość z was jest przekonana, iż jest to raczej spory wydatek dla naszego portfela. Inaczej twierdzą ci, co wyjeżdżają częściej na takie zagraniczne eskapady. Oni są wstanie powiedzieć, iż nie jest to specjalnie ogromny koszt. Jednak musimy wziąć pod uwagę, że ta grupa czytelników jest nieco lepiej sytuowana niż większość rodaków, bo skoro ich stać, względnie ich sponsorów (czytaj: mamusię i tatusia), na takie latanie po świecie, to można założyć, że są odpowiednio zabezpieczeni ekonomicznie na takie „uciążliwie zmiany otoczenia”. Zatem, ich pojmowanie znaczenia słów „drogi – tani”, trochę się różni od sposobu myślenia przeciętnego zjadacza chleba. Dla osoby zarabiającej pomiędzy 2, a 3 tys. zł na m-c, wydać kwotę rzędu 1,5 do 3 tys. na jednodniową wycieczkę, to inny wydatek niż dla osoby, której zarobki mieszczą się w zakresie 1 tys. – 1,5 tys. zł. Wynika to z faktu, że od zarobków pierwszej osoby łatwiej jest odłożyć odpowiednią sumkę na taką ekstrawagancję niż w przypadku drugim. Ale…
No właśnie to, „ale…”. Znacie zasadę: „Dla chcącego nic trudnego”, jeśli tak to na pewno zainteresuje was dalsza część tego bloga. I wcale nie zamierzam tutaj przekonywać was jak z zarobków rzędu 1 – 1,5 tys. wyskrobać kwotę 1,5 do 3 tys. aby sobie pohulać przez jeden dzień, a potem głodować przez pół roku. Ja tylko pokażę jak za niespełna 500 zł można doskonale się pobawić w dowolnym mieście europejskim. Przy czym zapewniam, że wspomniana kwota to koszt całkowity mojej wycieczki, czyli dojazd, zabawa i wyżywienie oraz powrót. Chociaż na podróż wydałem nieco więcej niż tu napisałem, ale część forsy zostało mi zwrócone po pewnym czasie. Bagatela opisana tutaj historyjka dotyczy zabawy sylwestrowej, a więc imprezki, na którą zazwyczaj idzie więcej kaski. Oczywiście należy też pamiętać, iż mówimy tu o kosztach przypadających na jedną osobę, ale w przypadku uczestnictwa kilku osób, tej sumki wcale nie należy mnożyć przez liczbę uczestników, ale to już inna historia.
Wszystko, co jest potrzebne na taki wyjazd to dobry humor i troszkę odwagi. Rzecz się działa niespełna cztery lata temu, gdy zbliżał się sylwester 2005 r. Już w październiku razem z kumplem zastanawialiśmy się gdzie spędzimy sylwestra, ale ogólny brak środków finansowych nieco ułatwiał nam podjecie decyzji. „Biała sala”, czyli najogólniej mówiąc cztery ściany własnej chaty. Oczywiście charakteryzowała nas straszna cecha, która powodowała spustoszenie wśród naszych wrogów i przyjaciół. Byliśmy szaleni i nieprzewidywalni. Mniej, więcej pod koniec listopada 2005 r., do kumpla zadzwoniła jego siorka i poinformowała o tanim rejsie promem na duński Bornholm w sylwestra. Bilecik na prom był w cenie ok. 340 zł. W tej cenie było wypłynięcie na wyspę Bornholm, a przed północą prom miał wpłynąć na wody Bałtyku i przywitanie nowego roku miało odbyć się na jego pokładzie. W cenie biletu miał też się znaleźć drobny poczęstunek, ale niestety nigdy nie było dane nam sprawdzić jak drobny. Wtedy uznaliśmy, że jest to rozsądna cena i nie uszczupli specjalnie naszego skromnego portfelika. Kupi się parę flaszek, zrobi się parę bułek na podróż, a wrażenia pozostaną na całe życie. Ale do tego by się tak świetnie bawić i to w dodatku za granicą to trzeba mieć jeszcze refleks, a tego niestety nam już brakowało. Gdy zadzwoniliśmy do organizatora wycieczki, to okazało się, że nie ma już miejsc na ten rejs, ale możemy zostać wpisani na listę rezerwową i w przypadku gdyby ktoś zrezygnował to zostaniemy powiadomieni. W przypadku gdyby jednak zabrakło dla nas miejsc, to wpłacona kwota zostanie nam zwrócona minus 10% tytułem rezerwacji. Zgoda. Przez Internet dokonaliśmy opłaty i pozostało nam czekać do 31 grudnia.
Nadszedł ten dzień. Do kumpla dotarłem z pod Wawy stopem dzień wcześniej. Po drodze zaopatrzyłem się w podstawowe narzędzie pracy na najbliższy weekend. Dwie półlitrowe buteleczki „Abstynenta” plus jakiś uspokajacz w postaci soczku jabłkowego i odrdzewiacz, czyli popularną Cocacola, no i oczywiście jakaś zagrycha, parę bułek i kiełbasek. Kumpel dostarczył dokładnie to samo. Sprzęt poszedł w ruch zaraz po moim przyjeździe tj. 30 grudnia, bo kolo ze względu na wyjazd wyłączył zawczasu ogrzewanie, aby ograniczyć nieco własne koszta życiowe. Pociąg z Warszawki do Szczecina przez Bydgoszcz, a potem do świnoujścia skąd miał wypłynąć prom, był ok. 7 na Centralnym. W związku z uszczupleniem naszych zapasów o dwie półlitrówki przeznaczonych na opał poprzedniej nocy, po drodze na dworzec uzupełniliśmy braki oraz zaopatrzyliśmy się w dwie butelczyny szampana o wielkości 1,5 litra każda.
Jest 31 grudnia, ok. 6:30 rano, z lekkim szumem w główkach stoimy w kolejce po bilety na pociąg. Trafia się pierwsza okazja do sprawdzenia mojej znajomości języków obcych. W końcu przez jakiś czas wkuwałem angielski. W kolejce za nami stanął gościu ze sporym bagażem. Odstawił go na bok i rześko stanął w kolejce. Wygląd tej ofiary losu wskazywał, że jest to obcokrajowiec i do tego wyraźnie nie orientował się w słowiańskich zwyczajach, które nakazywały nam natychmiastowe zaopiekowanie się cudzym, pozostawionym bez właściwej opieki dobytkiem, aby przypadkiem nie uległ przypadkowemu uszkodzeniu. Wobec powyższego staram się zwrócić uwagę facetowi, aby trzymał swoje walizki cały czas w rękach, ale jak na złość zapomniałem jak po angielsku jest słowo bagaż, więc chwilę się produkuje. Jak już udało mi się ten problem ominąć, to z kolei zapomniałem jak w tym języku jest złodziej i kradzież. Z opresji wybawił mnie mój kumpel, który po prostu pokazał klientowi prosty znak ręką przedstawiający znikanie jego bagażu. Facet skumał ten teks i od teraz trzymał swój bagaż mocno w ręku. Za dwa bilety zapłaciliśmy cos koło 200 – 250 zł. W między czasie postanowiłem sobie przypomnieć w pociągu swoją znajomość języków obcych by już więcej nie mieć takich trudności z porozumieniem się. Tym bardziej, że na promie liczyłem na wyrwanie jakiegoś samotnego kwiatuszka i to najlepiej z zagranicy, aby ewentualnie potem móc się wszystkiego wyprzeć i zasłonić się słabą znajomością języka. Niestety za sprawą mojego kumpla stało się to niewykonywane, bo w pociągu zamiast wybrać wolny przedział, których akurat nie brakowało, poszukał takiego, w którym już siedziały dwie „sikorki”, a do tego w naszym wieku tak przed trzydziestką. Zresztą, co mi tam. Czy na promie czy już w pociągu, miło się pobawić można zawsze. Ale zaraz do przedziału wsiada jakiś koleś, który od razu przyznaje się, że jedzie do Bydgoszczy. W efekcie jest nas pięcioro. Jeszcze dobrze nie ruszyliśmy jak w ruch poszła nawijka. O zgrozo mój kolo wyjmuje z naszego bagażu jedną flaszeczkę i rzuca tekścik: „No, to pod ten stary roczek…”. Okey, myślę sobie, podtrzymamy dobry humorek. Jak tylko buteleczka stanęła na małym wagonowym stoliczku, to zaraz odezwał się nowy sąsiad i wyjął swój dobytek w postaci „krówki” Wyborowej. Okey, wobec powyższego szykuje się lepsza zabawa. Ruszamy. W przedziale dosyć gorąco, a do tego wraz z ubywaniem trunku temperatura wzrasta. Gdy już opróżniliśmy obie butelczyny to miałem nadzieje, że dalej nic szczególnego się nie stanie i będzie czas ochłonąć, ale nic z tego. Po rozlaniu ostatniego hausta naszego trunku, wstaje jedna z kobitek i wyciąga swój plecak, a w nim, co najmniej kilkanaście flaszek. Szczena mi opada. Zdążyłem jeszcze uchylić okno przedziału, bo temperatura wewnątrz by nas zabiła, a przynajmniej jakiś pawik mógłby tutaj wylądować. Nie pamiętam jak długo jeszcze trwała ta imprezka, bo w którymś momencie urwał mi się film. W każdym bądź razie w pewnym momencie słyszymy tekst: „Koniec podróży” lub coś w tym rodzaju. Łapiemy szybko nasze plecaki i gou na peron. Świeże, chłodne powietrze nieco nas otrzeźwia. Lecimy na najbliższy postój taksówek, wsiadamy do pierwszej i prosimy zawieść nas na prom. W odpowiedzi słyszymy:
-       Na jaki prom…, kosmiczny?
-       Morski, płynący na Bornholm.
-       Na co? Tutaj w Bydgoszczy?…
Taksiarz nie zdążył nic więcej powiedzieć, albo my więcej nie usłyszeliśmy, bo po tych słowach ekspresowo otrzeźwieliśmy i wyskoczyliśmy z powrotem do pociągu, ale ten już odjechał. Teraz stało się jasne, te słowa „koniec podróży” mówił ten koleś, co się do nas dosiadł. Po małym szoku, wraca nam mózg. Lecimy do informacji kolejowej i pytamy się o jakieś połączenie, do Szczecina. Niestety nie ma takiego, które zagwarantowałoby nam dojechanie na czas. Prom miał wypłynąć ok. 16-tej. No fajnie. Jesteśmy w kropce.
Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Podchodzimy do tablicy informacyjnej i przypadkiem znajdujemy tam reklamę wyjazdu do Berlina. Podchodzimy jeszcze raz do informacji i dopytujemy się o połączenie do tego miasta, koszt i sprawdzamy, czy dotrzemy tam przed północą. Bingo. Jest pociąg do Poznania, który dotrze tam przed ekspresem jadącym właśnie do Berlina. Wg informacji w Berlinie będziemy, krótko po 20. Zgadzamy się. I tak nam nic więcej nie pozostało, jak tylko iść na całość. Przynajmniej się gdzieś zabawimy. Bilet do Berlina licząc od Bydgoszczy kosztował nas coś koło 350 zł, co na łebka wychodziło po 170 zł. W Poznaniu szybko się przesiedliśmy na właściwy pociąg i już całkiem spokojne ruszyliśmy dalej. Pić już nie mieliśmy co, bo w pociągu z Wawy wydoiliśmy cały nas zapas oprócz szampana. Zostało nam trochę odrdzewiacza i wszystkie bułki z kiełbaskami zostawione na podróż. Nam to starczyło. Ale nie był to koniec niespodzianek, jakie czekały nas tego dnia.
Zbliżamy się do granicy, gdy do przedziału wchodzi kilku mundurowych. Wyciągamy paszporty, ale oni ich nie chcą za to wprowadzają jakiegoś araba w kajdankach, rozkuwają go i zostawiają w naszym przedziale. Jesteśmy w szoku. Tylko tego nam brakowało. Współlokatora z alkaidy no, bo kim innym mógłby być arab prowadzony w kajdankach, Pytanie, tylko dlaczego go rozkuli i zostawili? Co prawda obaj wyglądaliśmy trochę groźnie. Ja łysy, wysoki i dobrze zbudowany, twarz raczej groźne rysy wtedy miała, ale mój kumpel to już bandyta czystej krwi, gruby, łysy, brodaty i do tego wulgarny, ale to nie powód żeby za gangsterów nas brać. Po kilku minutach próbujemy wysondować, kim jest gostek arabskiego pochodzenia. Tym razem tekst na migi, niewychodzi. Więc próbuje łamaną angielszczyzną dociec prawdy. Facet, też nie za dobrze władał angielskim, ale to jedyny język, którego podstawy obaj znamy. Jednak udało mi się ustalić, że jest bezrobotnym, mieszkającym w Hiszpanii i rzeczywiście jest arabem, ale nie ustaliłem, z jakiego kraju. Wyruszył z Hiszpanii na wschód. Przejechał bez problemów wszystkie granice i dopiero na polsko-niemieckiej go zatrzymano i cofnięto, ale nie udało mi się ustalić przyczyn. W każdym bądź razie facet wysiadł na pierwszej stacji po stronie niemieckiej, a my żyjemy dalej.
Dojechaliśmy do Berlina ok. 20:20 i postanawiamy ułatwić sobie życie zaopatrując się w specjalny bilet na całą komunikacje miejską. Zupełnie tak jak w Warszawie, gdzie na jednym bilecie można poruszać wszystkimi pojazdami komunikacji miejskiej. Zatem udajemy się do czegoś, co wygląda jak połączenie punktu informacyjnego, kas biletowych i sklepiku turystycznego. Jako, że byłem już trochę wprawiony w komunikacji w języku obcym postanowiłem po raz trzeci przypomnieć sobie angielski i dokonać zakupu takiego biletu. Podchodzę, więc do ekspedientki i pytam się jej:
-       Du ju spik inglisz (do You speak english?)?
-       Nain.
Słyszę w odpowiedzi. Zatem trzeba się lekko po produkować. Chwilka zastanowienia i obmyślam pierwsze zdanie, które będę tłumaczył najpierw na angielski, potem na migi i w końcu na niemiecki, którego nie znam. Zdanie brzmi: „Chcę kupić dwa bilety dobowe na całą komunikację miejską”. I się zaczyna; mówię głośno „aj (I)” i wyraźnie wskazuje na siebie. Potem mówię „łant tu baj (want the buy)”, co znaczy, że chcę kupić i jednocześnie pokazuje babce gest liczenia pieniędzy. „ tu tikets (two tickets)” czyli dwa bilety i tu pokazuje palcami symbol prostokąta, a potem go przygryzam na niby, aby ją uświadomić, że mam na myśli bilet, który skasuje. Wskazuje przy okazji, że chodzi mi o dwa bilety. Następnie mówię „oldej (all day)” i pokazuje na własny nadgarstek jednym palcem i go obkręcam i mam nadzieje, że kobitka zrozumie, że chodzi mi o słowo całodobowy. Idę dalej „for bas (for bus)” i jednocześnie pokazuje jakbym siedział za kierownicą wykonując obiema rękoma gest jej trzymania i skręcania. „tram (tram)” i tu do poprzedniego gestu dodaje gest wskazujący na to, że mam rogi, ale oczywiście mam na myśli tramwaj. I kończę „end trajn (and train)” i jednocześnie pokazuje symbol kół pociągu napędzanych wspólną osią i przy tym wydaje syczący głos. W końcu dumny z siebie, że przypomniałem sobie w wystarczającym stopniu swój angielski i że w końcu po ok. dwóch minutach przestałem robić z siebie idiotę, czekam na reakcję babki zza lady, a właściwie czekam, że wyjmie skądś jakieś kartoniki i mi je da.
Baba nie skumała.
Porażka. Już myślę, jak inaczej skonstruować zdanie, gdy kobitka daje mi do ręki jakąś ulotkę. Czytam ją i dochodzę do wniosku, iż jest to wykaz komunikacji miejskiej oraz możliwych dostępnych biletów. W ulotce jest ogromna ilość rysunków i w dodatku jest dwujęzyczna, angielsko - niemiecka. Z jednej strony się cieszę, że w końcu uda mi się dostać te dwa bilety, z drugiej zastanawiam się, co za idiota sadza babę nieznającą języków obcych w tak ważnym węźle komunikacyjnym Europy i to w miejscu, gdzie istnieje najwyższe ryzyko spotkania obcokrajowca. Po chwili oglądania ulotki, wskazuje babce właściwy rysunek, po czym otrzymuje dwa małe bileciki, za które płace niecałe trzy euro. Uszczęśliwiony sukcesem, chowam zdobycz do portfela i już zamierzam się oddalić, gdy słyszę jak ta babka zwraca się do koleżanki:
-       Zaraz wracam; zastąpisz mnie na chwilę?
Po Polsku. Mój kumpel, który do tej pory stał obok mnie i gapił się jak na idiotę, omal nie wybuchł śmiechem, ale wytrzymał do momentu jak wyszliśmy z tego pomieszczenia. Mnie nie było do śmiechu.
Po tej krótkiej lekcji stosunków międzynarodowych, udaliśmy się na miasto. Po krótkim oglądaniu pokazów policyjnej sprawności, która nagle na sygnale zaczęła przyjeżdżać do pobliskiego hotelu (a może to nie były ćwiczenia) udaliśmy się w nieznanym kierunku, ale na pewno prawidłowym, ponieważ w tymże kierunku szła większość ludzi. Jednak po kilku minutach marszu widzimy patrol policyjny. Postanawiam, więc dopytać się gdzie mamy iść, aby dojść na plac, na którym odbędzie się zabawa sylwestrowa. Zaczynam oczywiście od standardowego: du ju spik inglisz, no i oczywiście otrzymuje standardową odpowiedź: „Nain”. Można się już zastanawiać, co ja tak wyjeżdżam z tym ingliszem, a nie prościej po prostu po polsku. Ale mam głupie wrażenie, że Polacy są tutaj gorszą nacją, a poza tym cholernie chcę poćwiczyć swój angielski. Na szczęście, napotkany patrol, był dość bystry i od razu zorientował się, o co nam biega. Wskazali nam kierunek, w którym mamy iść. Po kilkunastu minutach doszliśmy do terenu ogrodzonego prowizorycznymi barierkami i kilkoma bramkami. Przy każdej bramce ciągnęła się kolejka wchodzących. Ochrona sprawdzała zawartość wnoszonego bagażu. Jak się zorientowaliśmy na miejscu, obowiązywał zakaz wnoszenia szklanych butelek i innych twardych przedmiotów. Ponieważ, w naszych plecakach pozostały dwie półtoralitrowe butelki szampana, które obiecaliśmy sobie wypić o północy, toteż nie pozostało nam nic innego jak skonsumować je na miejscu, albo oglądać zabawę z daleka. Niewiele myśląc, wyciągnęliśmy je, odpieczętowaliśmy i przy ogólnym aplauzie kilku tysięcy widzów opróżniliśmy do naszych gardeł. Trochę zużyliśmy na oblanie bliższego otoczenia. Chociaż próbowaliśmy w jednym łyku jak najwięcej wypić, ale i tak trzeba było szampanika poporcjować na mniejsze hausty. Dopiero po oddaniu butelek do kosza umieszczonego przy bramkach, weszliśmy na chroniony teren. Później dowiedzieliśmy się, że trafiliśmy na największego sylwestra na świeżym powietrzu w Europie. Pod Bramą Brandenburską była postawiona scena, na której występowało kilka bardzo znanych gwiazd. O ile dobrze pamiętam to jednym z nich był Antonio Banderas. Nim imprezka zaczęła się na dobre, zdążyliśmy zwiedzić cały plac pod tą bramą i wszystkie stragany z cudami. Co jakiś czas były postawione białe namioty, które wyraźnie się różniły od pozostałych. Po pierwsze nic w nich nie sprzedawano, tylko stali jacyś ludzie i nakłaniali do wypełniania jakiś ankiet. Od razu zaczaiłem, że są to namioty organizatorów i zapewne chodziło o wypełnienie ankiety, gdzie należało podać swoje dane i pewnie po jakimś czasie przysłali by nam jakieś podziękowania za uczestnictwo w tej imprezie, czy coś w tym rodzaju. Ankiety po wypełnieniu trafiały do zamkniętych urn i informowano nas, że wkrótce coś otrzymamy pocztą. Przynajmniej tak to zrozumieliśmy. W zamian za wypełnienie ankiety dostawaliśmy białe baloniki i długopisy. Zabawa była przednia. Postanowiliśmy, że będziemy wchodzić do każdego takiego namiotu i pozbieramy jak najwięcej baloników i darmowych długopisów. A żeby nikt nie zauważył, że tylko je zbieramy, to przy każdym namiocie jeden z nas przytrzymywał baloniki, a drugi szedł do kolejnego namiotu i potem zamiana. W piątym lub szóstym białym namiocie trafił nam się jakiś przygłup, który nie bardzo potrafił nam wytłumaczyć, o co chodzi, a my udawaliśmy, że dopiero się dowiadujemy, o co chodzi. W pewnym momencie gościu nie wytrzymał i zapytał się po swojemu, z jakiego jesteśmy kraju. Wiec mu mówię: Polen. Klient się odwraca i woła jakąś babkę. Ta podchodzi i okazuje się, że jest Polką i jasno wykłada nam, o co chodzi z tymi namiotami:
„To jest promocja ruchu gejowskiego i lesbijskiego, prosimy chętnych o zadeklarowanie chęci przystąpienia do nas poprzez wypełnienie ankiety. Po kilku tygodniach wyślemy na wskazany adres w ankiecie materiały promocyjne, które będzie można rozdawać swoim miejscu zamieszkania…”
Baloniki nagle odleciały, długopisy poszły do najbliższego kosza, ale najgorsze jest to, że podawałem adres swoich rodziców. Pal licho, jeśli dojdą tylko ulotki z tekstami. Rodzice nie znają żadnych języków obcych, więc wszystko trafi do pieca. Gorzej, jeśli będą tam zdjęcia lub rysunki. W najgorszym razie udam głupiego.
Dla równowagi wydarzeń, po jakimś czasie spotkałem śliczną skośnooką Azjatkę, która była chętna do wyrwania i jeszcze znała dobrze angielski. Starałem się jej powiedzieć, że pracuje w drukarni i robie gazety. Wyszło na to, że jestem dziennikarzem i piszę do gazet. Dobra, żadna tam dla mnie różnica. W każdym bądź razie przez najbliższą godzinę bawiliśmy się razem, ale krótko przed północą zgubiliśmy się w tłumie. I po Azjatce. Pod bramą odbywał się zajefany koncert, na którym skakaliśmy do trzeciej nad ranem, a potem towarzystwo zaczęło się rozchodzić do chat. Idąc w kierunku stacji szliśmy za jakimiś sex babkami, gdy nagle jedna nagle się wyłożyła na ziemie. Wyglądało to tak jakby w coś uderzyła, ale przed nią nie było nic widać. Ale jak podeszliśmy bliżej to zauważyliśmy, że w powietrzu wiszą literki. ???? Podchodzimy bliżej. Dopiero jak stanęliśmy pod kątem do literek to zauważyliśmy, że jest to szklana tablica upamiętniająca jakieś wydarzenie. Dobrze, że to nie my szliśmy pierwsi.
Wracając weszliśmy do metra i przez najbliższe parę godzin jeździliśmy po Berlinie i zwiedzaliśmy go, korzystając z tego środka transportu. Ciekawostka, metro w Berlinie czasami porusza się nad ziemią. Jednak najdziwniejsze było to, że nigdzie nie widzieliśmy kasowników i jeździliśmy cały czas bez skasowania biletów. Ale jak wchodziliśmy i wychodziliśmy z metra to trzeba było przeskakiwać przez takie dziwne słupki. Ponieważ nie wyglądał one jak te warszawskie, to nie skumaliśmy, że to właśnie są kasowniki. Dopiero, gdy ostatni raz wychodziliśmy z metra rozjaśniło nam się w główkach i zauważyliśmy odpowiednie otworki.
Późnym popołudniem wsiedliśmy do pociągu powrotnego do Wawy. Tam dopiero zasnęliśmy i obudziliśmy się przed stolicą. Po podliczeniu wszystkich kosztów i nawet tego, co wydaliśmy na straganach i Fast foodach to wyszło na łebka coś ok. 500 zł. Dokładnie nie pamiętam. W to nie wliczyłem kosztów biletu na prom, bo m-cu przyszedł zwrot, oczywiście pomniejszony o koszt rezerwacji.
Czyli jak widać można się zabawić i tanio i za granicą.

facet z zasadami

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości