Ciekawi mnie jak wyglądały negocjacje w sprawie paktu fiskalnego, chciałbym tam być wtedy, bo musiały dziać się tam nieziemskie rzeczy, scenki rodzajowe z udziałem samego Donalda Tuska, jego dialogi i gra aktorska rodem z filmów dla dorosłych. Udawane twarde negocjacje i wymuszone krzyki. To wszystko tak naprawdę nie było istotą, ani celem Tuska, on chciał zrobić coś, dzięki czemu wbije się na długo w pamięć hierarchów Europy, problem w tym, że nie miał inspiracji. Opowiedzieć świński kawał? Może zwrócą uwagę, ale na krótko. Może wezmę potomstwo, żeby się pozachwycali? Ale nie skupią się na mnie. Wiem! Zrobię coś naprawdę głupiego! Oddam im kasę! Jałmużna zawsze działa! Cel tego wszystkiego oczywiście prosty. Barroso odchodzi, a ktoś go musi zastąpić. Z wdziękiem Tuska i znajomościami, jakie sobie przez te lata popijania herbatki na szczytach zyskał, też nie marzyłbym o niczym innym.
Tusk mógł sobie pozwolić na ten cały pakt fiskalny, mało tego, jemu najbardziej się to opłacało. Korzyści z przekazania bezpodstawnie polskich ciężko uzbieranych pieniędzy, przekraczają straty. Oczywiście w zakresie personalnym, dla jednostki absolutnej - samego premiera. Podpisaniem paktu stworzył trzy pytania, którymi można zgasić go w rozmowie, bo odpowiedzi są przewidywalne. „Czy przekazał Pan pieniądze?”; „Tak”; „Czy Polska jest w strefie euro?”; „Nie”; „Jaki sens to miało i jakie korzyści przyniosło Polsce?”. To mało istotne, bo Tusk już nie będzie musiał na nie odpowiadać. Zostawi to tym, którzy po jego odejściu do szeregów UE, zostaną w PO. W Unii będzie bohaterem, godnym następcą Barrosa, z godną tego miana przeszłością.
Zapewne najśmieszniej częścią całego spotkania były negocjacje. Tusk stanowczo upierał się przy tym, ze przekaże górę kasy na potrzeby strefy euro, a strefa euro stanowczo mówiła „Ok”, na co Tusk znów stanowczo „Nie przekonacie mnie! Ja musze wspomóc Unię! Oddam wam pieniądze!”. Angela Merkel, Nicolas Sarkozy i inni dostojnicy tamtejszej religii pieniądza, z pewnością byli pod wrażeniem dobroczynności Tuska, podejrzewam, że nasz premier, by jeszcze bardziej ich zaczarować, chciał przekazać pieniądze z NBP na fundusz ratowania słoni indyjskich, wydać troszkę na misję marsjańską i wraz z Angelina Joli adoptować murzynka.
W każdym razie Tuskowi się udało i jestem pod wrażeniem, że tak sprawnie był w stanie wynegocjować swoją pozycje w przyszłej Unii, że wykorzystał szansę od losu i praktycznie wykupił rezerwację na miejsce po Barroso.
W dzisiejszej „Rzepie” Nigel Farage, jeden z moich ulubionych polityków, zanim jeszcze wyrzucił z siebie słowa o „mokrej ścierce” Rumpuy’u, które w istocie były idiomem, powiedział: „Polski premier jest wrogiem demokracji państwach narodowych. Chce, aby biurokracja brukselska, która nie jest wybierana w żadnym głosowaniu, rządziła Polską.” Z pierwszym zdaniem się zgodzę, jednak w drugim jest nieścisłość. To co teraz się odbywa, to zwykła bierność. Tusk pozwala włazić w buciorach UE na polski dywan, jednak nie trzyma ich tu na siłę i struktury Unii nie są konieczne do jego egzystencji. Dopiero gdy nasza matka Teresa z Kaszub zasiądzie w loży hierarchów UE, będzie chcieć z całych sił, bo wtedy stanie się jej integralną częścią.
Myślę, że przyszło nam żyć w czasach największej groteski. Boże igrzysko przestało być tragiczne, bynajmniej dla mnie, przestało być również miejscem dramatu, który powinienem traktować poważnie. Zdałem sobie sprawę z tego, że nie mam wpływu na nic co dzieje się w kraju i dzięki temu, że nabrałem takiego dystansu do mojego miejsca w świecie to co powinno mnie martwić, śmieszy mnie i to serdecznie. Może i nie jest to normalna reakcja, bo przecież waga tych wszystkich absurdalnych decyzji, teoretycznie nie pozwala na śmiech, bo przecież przez cenę chleba, węgla, paliwa, mąki, które również mnie bawią mogę zbankrutować, głodować i zamarzać, jednak nie mogę się przed tym uchronić, nie mogę zaradzić tej degradacji, więc próbuje się nie przejmować. Dlatego zawieszam swoją działalność na blogu, która i tak w ostatnim czasie była ograniczona, do, prawdopodobnie, rozpoczęcia wakacji, wtedy mam więcej czasu na martwienie się głupotą polityków. Piszę to trochę na wyrost, bo przecież nikt nie będzie żałował, ani czekał z utęsknieniem do wakacji na mój wpis, ale informować chyba można.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)