69 obserwujących
139 notek
188k odsłon
  3049   0

Dariusz Karłowicz: Chwasty i mutanci

Skutkiem wojny jądrowej jest nie tylko spalona ziemia i nie tylko bezprzykładna deracjonalizacja polityki, ale też zdziczenie obyczajów i ekstremizm – pisze w Teologii Politycznej Dariusz Karłowicz

Odnoszę wrażenie, że nazajutrz po zakończeniu kampanii prezydenckiej stan nazwany przez Andrzeja Wajdę wojną domową zamienił się w konflikt nuklearny. Jeśli w wojnie konwencjonalnej idzie o zajęcie jakiegoś terytorium, to wojnie nuklearnej nie ma zwycięzców ani zwyciężonych w tradycyjnym sensie tego słowa. Po odpaleniu głowic tracą znaczenie istotne wcześniej pytania: kto zaczął, jaki był przebieg konfliktu i kto ma rację. Zostaje jałowa ziemia na której plenią się spotworniałe okazy popromiennych form życia politycznego. Bo nie jest wcale tak, że wszystko ginie: w strefie skażonej bujnie rozwijają się zachowania, które jeszcze wczoraj uznalibyśmy za  niesmaczne, prostackie czy złowrogie: kwitną chwasty, rosną dostosowani do nowych warunków mutanci.

 W najbardziej przejmujący sposób widać to było na przykładzie konfliktu o krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Cóż z tego, że prawdą jest iż to Ko. zaczął, G. podkręcała, fani P. liczyli na marketingowy sukces, a niejaki „Niemiec” i jego koledzy nie przychodzili tam z pobudek religijnych; co z tego, że GW nie chroniła ludzi przed bandyterką, media karnie realizowały wytyczne, a T. z satysfakcją dolewał oliwy do ognia, widząc Ko. w tak widowiskowym kłopocie. Cóż nawet z tego, że najwięcej racji było po stronie K. Cóż z tego? Nikt nie zadał sobie trudu by ten horror przerwać. A mogło to zrobić wielu. Niestety nikt nie wyszedł z roli, nikt nie opuścił bunkrów dowodzenia. Odpalano kolejne rakiety. I co? Kto wygrał? Otóż nikt. A po wszystkim została radioaktywna pustynia. Wielokrotnie, publicznie sprofanowano krzyż, a bluźnierstwo stało się na pewien czas medialną normą językową.
 

Z tych samych powodów, dla których eskalacja konfliktu jest dziś korzystna dla Platformy, okazuje się niekorzystna dla PiS (dobra wspólnego nawet nie wspominam). Wchodząc w wojnę jądrową, PiS okazuje się przeciwskuteczny – zostaje sprowadzony do czegoś w rodzaju funkcjonalnej koalicji rządowej. Jak to rozumieć? Po pierwsze, zostaje wciągnięty w działania wyniszczające republikańską tkankę polityczną i duchowa, której miał bronić (vide Krakowskie Przedmieście). Po drugie, jego sprzeciw staje się gwarantem stabilności obecnego układu politycznego. PiS staje się jakby-koalicjantem – podmiotem, który działając przeciw władzy, mimowolnie jej służy. W jaki sposób? Otóż w realiach nuklearnej wojny domowej do uzasadnienia swoich decyzji władza nie potrzebuje argumentów – wystarczy niezgoda opozycji. Zasada jest prosta: im ostrzejszy sprzeciw, tym silniejsze wsparcie.  

Powie ktoś to sytuacje nienowa. Czy i przed 10 kwietnia układu nie stabilizował strach przed PiS? Czy wspólnota strachu nie decydowała o sukcesach Platformy, łącząc w jednym obozie strony nie mające ze sobą nic, albo niewiele wspólnego (poza zespołem fobii)? To prawda – jednak tym razem sprawy zaszły dalej. 

Kiedy obowiązuje logika konfliktu nuklearnego, niepotrzebne okazują się jakiekolwiek argumenty. Odpowiada się ogniem na ogień. Motorem staje się spirala krzywdy i odwetu (wyście nam tak, to my wam tak). Wojna nuklearna doprowadziła do radykalnej deracjonalizacji polityki. Niezgoda PiS okazuje się wystarczającym uzasadnieniem polityki wobec Rosji, pasywności w Unii, polityki energetycznej, czy deficytu budżetowego. Można oczywiście widzieć w tym - nie bez racji - skutki obecnego układu medialnego. Warto jednak zadać sobie pytanie dlaczego np. w kwestii deficytu budżetowego krytyczny głos Leszka Balcerowicza brzmi donośniej niż głos największej partii opozycyjnej, która wcale na ten temat nie milczy. Czy źli są ONI czy przeciwskuteczna jest strategia stająca za wyborem obecnych sposobów działania? 

Mam na myśli strategię, która o obecny spór karze prezentować jako ostatnią czy raczej ostateczną bitwę. Tak jakby potem miało nie być już nic – zwycięstwo albo zgon. Przyjęcie tej strategii gwarantuje stałą mobilizację własnego elektoratu, ale zarazem niezwykle utrudnia poszerzenie grona zwolenników i kooptację tych mniej żarliwych (odstraszanych gwałtownością słów i gestów). Z drugiej strony to właśnie strategia „ostatecznego starcia” skłania do przyjęcia warunków wojny jądrowej, która zamiast przysparzać sił, pozbawia mocy sprawczej, ponieważ słabszego obsadza w roli funkcjonalnej opozycji. Tymczasem oczywiście nie będzie ani pełnego zwycięstwa, ani całkowitej klęski. Myślenie w kategoriach „ostatecznego starcia” pozbawia PiS rysu który go szczególnie wyróżniał – polityczności, która potrafi być elastyczna bez utraty zasadniczego kierunku, a więc takiej, która potrafi walczyć o władzę, biorąc zarazem pełną odpowiedzialność zarazem za przeszłość jak i za to, co nastąpi (za rok, dziesięć i trzydzieści lat). Czy obecne podejście nie jest w istocie abdykacją z odpowiedzialności za to, co będzie? I powiedzmy od razu: zarzutów tych (o ucieczkę od polityczności) nie uchyla nawet przyjęcie, że rola partii świadectwa jest strategią przejściową (strategią na czas marny).  

Lubię to! Skomentuj48 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale