69 obserwujących
139 notek
188k odsłon
  2484   0

Niech żyją fajne Niemcy

 

 

Kwestia, która zdawała się odejść w niepamięć, powraca z wielką siłą. Niemcy – za duże na Europę, za małe na świat – znowu stają się problemem Starego Kontynentu - piszą twórcy Teologii Politycznej we wstępie do najnowszego numeru rocznika pt. „Niech żyją fajne Niemcy!"

 

 

Teologia Polityczna
zaprasza na spotkanie promocyjne najnowszego numeru rocznika

Niech żyją fajne Niemcy!


Ryszard Bugaj
Marek A. Cichocki
Ludwik Dorn
Dariusz Karłowicz
Marek Magierowski
Konrad Szymański

 


Kiedy? 6 lutego
O której? 19.00
Gdzie? Centrum Prasowe Foksal, 
ul. Foksal 3/5

 

 

 

Nowy numer Teologii Poliytycznej już w księgarni TP!

Przeczytaj spis treści numeru

 

Dariusz Karłowicz: Arminiusz patrzy na Europę

 

Quintili Vare, legiones redde!” (Suet., Vita Divi Augusti 23)

Kwestia, która zdawała się odejść w niepamięć, powraca z wielką siłą. Niemcy – za duże na Europę, za małe na świat – znowu stają się problemem Starego Kontynentu

Kryzys gospodarczy, problemy  euro, kryzys instytucji europejskich, sprawy zagraniczne, bezpieczeństwo czy energetyka – w każdej z wielkich kwestii dzisiejszej Europy decyzje podjęte w Berlinie mają kluczowe znaczenie dla pozostałych członków Unii. Nikt w Waszyngtonie nie miałby dziś żadnych trudności, by odpowiedzieć na pytanie Henry’ego Kissingera – do kogo ma zadzwonić, kiedy chce rozmawiać z Europą (albo: kogo podsłuchiwać, by ją usłyszeć).  W polityce europejskiej wszystkie drogi prowadzą do Berlina. Choć w powiedzeniu, że Unia stała się Świętą Unią Narodu Niemieckiego jest wiele retorycznej przesady, to przecież ten żart jest dobrym opisem fenomenu niemieckiego porwania Europy. Czy to problem? Z pewnością – ponieważ rosnąca koncentracja władzy i siły jest politycznym problemem samym w sobie (i to nawet jeśli nie jest się sąsiadem Niemiec i ma się coś do powiedzenia w sprawach polityki europejskiej). Choć w stosunkach międzynarodowych podmiotowość nie musi być grą o sumie zerowej, to przecież trudno wątpić, że wzrost politycznej potęgi jednej ze stron skutkuje ograniczeniem podmiotowości mniejszych graczy – o średnich i małych nawet nie potrzeby wspominać. Czy nie powinniśmy o tym debatować, szukać nowych rozwiązań, wewnętrznych koalicji, zabezpieczeń, albo choćby próbować wyjaśnić, jakie są obowiązki nowego lidera?  Nawet abstrahując od pożałowania godnego stanu polskiej polityki, powiedzieć trzeba, że warunki do postawienia tej kwestii są bardzo niekorzystne. Oficjalny dyskurs korzysta z retoryki partnerstwa nie tylko po to, by nie niepokoić demokratycznych społeczeństw Europy (zwłaszcza byłych liderów jak Francja czy Włochy). Dzieje się tak również dlatego, że same Niemcy nie są zainteresowane nadmiernym eksponowaniem stanu faktycznego. Po pierwsze – dlatego, że zdolność przedstawiania i realizowania własnego interesu jako wspólnego interesu europejskiego jest niezwykle wygodna (Niemcy nie muszą renacjonalizować dyskursu politycznego, a przeciwników może mieć tylko Europa – nigdy Niemcy!), a po drugie – dlatego, że w warunkach kryzysu mogłoby to oznaczać wzrost niechcianej przez niemieckich wyborców odpowiedzialności za coraz trudniejszą sytuację w Europie. Zainteresowanych udawaniem, że nic się nie zmieniło, jest zbyt wielu i są oni zbyt mocni, by uwierzyć, że rozdźwięk między rzeczywistością a oficjalną diagnozą nie będzie się pogłębiał. Dlatego nowa sztuka długo jeszcze grana będzie w starych dekoracjach (co jest dobrą wiadomością dla brukselskich urzędów), a oficjalni komentatorzy nie przestaną zapewniać, że życie jest spełnionym snem europejskich ojców założycieli, a August – żadnym królem - lecz zwykłym senatorem.

Dysproporcja sił to nie jedyny kłopot.  Drugi to towarzyszące im problemy z kręgu historii, pamięci i tożsamości. Europejskim mocarstwem trzymającym w ręku gospodarkę i politykę kontynentu jest wszak kraj odpowiedzialny za największe zbrodnie XX wieku (jeśli nie największe zbrodnie ludzkiej historii w ogóle). Co więcej kuracja, której poddano Niemców po II wojnie światowej, została uznana za zakończoną – zwłaszcza przez chorego, który za niezrozumiałe i skandaliczne uznaje jakiekolwiek próby symbolicznej choćby kontroli kierunku, w którym rozwija się jego polityka. Trudno uzyskać właściwy obraz sytuacji europejskiej, jeżeli się zapomina, że współczesne Niemcy odmawiają uznania racji oczywistej do niedawna zasady ich de facto ograniczonej suwerenności. Tak zwana afera podsłuchowa to doskonały test skuteczności niemieckiej walki o podmiotowość w relacjach z Ameryką. Jeszcze dwadzieścia lat temu pośpiesznie zamieciono by ją pod dywan – nie tylko dlatego, że stanowi ona ostentacyjną kompromitację niemieckich służb, lecz także dlatego, że nie ma nic miłego w przypominaniu o zasadach bezpieczeństwa stosowanych wobec wspólnoty, której przewidywalność powszechnie uważa się za ograniczoną. Jest rzeczą symptomatyczną, że naturalna do niedawna odpowiedź: „Podsłuchujemy was w interesie Europy i świata, bo biorąc pod uwagę waszą historię i obecną potęgę, nikt rozsądny nie może was traktować jak zwykłego kraju” wypchnięta została daleko poza granice politycznej poprawności zarówno w Niemczech, jak i na świecie. To miara wielkich zmian duchowych, które w Republice Federalnej zaszły po zjednoczeniu, ale i wielkich sukcesów niemieckiej polityki (zwłaszcza kulturalnej i historycznej), pozwalającej uwierzyć, że przypominanie dawnych obaw jest równie niegrzeczne, co niemądre.

Lubię to! Skomentuj11 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale