Coraz intensywniej spekuluje się, że Donald Tusk nie chciał wygrać wyborów prezydenckich, ani osobiście, ani poprzez desygnowanego kandydata. Im bardziej oczywiste jest, że wysłał do walki zwykłego przygłupa w kompanii rozwrzeszczanych starców i specjalisty od „pijaru” robionego za pomocą gumowych penisów i świńskich ryjów. Nie zgadzam się z takim postawieniem sprawy.
Może Donald Tusk zaklinać rzeczywistość, że prezydentura to jedynie „pałac i żyrandole”, ale ostatnie trzy lata bezpardonowych ataków na Lecha Kaczyńskiego, blokowanie jego udziału w szczytach unijnych, awantury o odmowy awansów i mianowania ambasadorów świadczą o czymś dokładnie przeciwnym. Prezydent z własnego obozu wydatnie zwiększa komfort rządzenia. Po wtóre, wybory do Parlamentu mogą odbyć się już na wiosnę przyszłego roku, porażka w jednych może przełożyć się bezpośrednio na porażkę w drugich wyborach. Zaraz pojawi się chór wujków dobra rada, którzy będą wieszczyć „nieuchronny rozpad PiS” po zwycięstwie Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Jednak coraz wyraźniej rysujące się zwycięstwo nie tylko skonsoliduje elektorat PiS, po raz kolejny ośmieszy sondaże, przede wszystkim stanie się okazją do otwarcia partii na wyborcę centrowego.
Podobne korzyści odniosłaby Platforma, gdyby jej kandydat zwyciężył. Pokazaliby w sposób dobitny, że bez względu na starania PiS i tak bez większego wysiłku każdy, kto nie jest znienawidzonym przez wyborców ”Kaczorem” wygrywa. Myślę, że to założenie legło u podstaw desygnowania „Wujka Bronka”. Otoczenie Tuska, oczadziałe od własnej propagandy, wierząc, że absolutnie każdy z legitymacją PO wygra z Kaczyńskim już w I turze postanowili wystawić kandydata bez zaplecza. Takiego co by nie przeszkadzał. Pech chciał, że postawili na Gajowego Commorrę. Myślę, że zdecydował fakt, iż Komorwski nie grał z nimi w piłkę, nie oglądał meczy, nie pił. Po prostu nie znali faceta. Znali Bronisława Komorowskiego z wystąpień sejmowych (z kartki czytał przygotowane kwestie), albo z wewnątrz partyjnych narad, podczas których albo nie odzywał się, albo pomstował na PiS i Kaczora. Dopiero kiedy musiał codziennie, w obecności kamer wypowiadać się na różne kwestie okazało się, że intelektu marszałkowi nie staje.
Widząc kolejne strzały w stopy, w kolana, ostatnio nawet w podbrzusze PO, też rozważałem, czy aby nie jest to element strategii mającej na celu ulokowanie Kaczyńskiego w Pałacu Prezydenckim, by osłabić PiS i stworzyć pretekst dla nic nie robienia po kolejnych wygranych wyborach. Nie mieściło mi się po prostu w głowie, że ktoś może być aż tak głupi. Z dwóch powodów uwierzyłem, że to nie żadna gra PO, to dzieje się naprawdę. Po pierwsze widząc jak desperacko Donald Tusk obwoził Bronisława Komorowskiego po wałach, pilnując przy tym, by nie mówił zbyt wiele. Nie angażuje się własnej popularności i autorytetu, by wspomagać kandydata, którego puszcza się na przysłowiowego „zająca”. Po drugie jedna z blogerek, pieszczotliwie zwana Wandą Wasilewską PO w swoim cyklu rad dla PO odsłoniła to co było przede mną dotąd ukryte. Jak postrzegają świat kibole PO. Kiedy wczoraj odtrąbiła sukces Palikota w Lublinie i nawoływała do powtarzania tego typu akcji… uwierzyłem. Oni naprawdę wierzyli, że Bronisław Komorwski wygra ze znienawidzonym „obciachowym Kaczorem” już w pierwszej turze. Zupełnie oderwali się od społecznych nastrojów, nie dostrzegają zachodzących zmian. Sztabowcy PO są jak francuscy generałowie w 1940 r. – nie znają i nie chcą poznać innej taktyki niż ta, która dała im zwycięstwo w poprzedniej wojnie.
Widziałem dziś wściekłego Palikota w TVN24, który otrąbiając swój sukces w Lublinie wściekał się na Jarosława Gowina. Tłumaczył też, że jego zwolenników było w Lublinie tyle samo co Kaczyńskiego, tylko ci ostatni…ciaśniej stali. Dziennikarze zamiast grzecznie słuchać zadawali coraz natarczywiej pytania wyprowadzające Nihilistę z Biłgoraju z równowagi, a już zupełny sabotaż urządził kamerzysta filmując Palikota z profilu;) Kto widział wie o czym piszę.
Na tym tle kolejny doskonały pomysł sztabu Kaczyńskiego z jazdą pociągiem, wysłanie busów wyborczych w teren, przysparzają kolejnych głosów. Nie wiem też czy to spontaniczna reakcja, czy przemyślany zabieg wizerunkowy, ale doskonałym pomysłem jest skandowanie i używanie imienia kandydata. Wszelkie” „Jarki”, „jarkosfery”, „przebrała się miarka wybieram Jarka”, „wole Jarka z kotem” tylko podkreślają nadętość i butę kontrkandydata, a jednocześnie świadczą o dużym poparciu młodych wyborców. Tych samych, którzy mieli rzekomo po wsze czasy popierać każdego, kto nie jest obciachow-moherowy i z PiS. Trudno o lepszy signum temporis, niż to, że „pisowski prowokator z Londynu z penisem w ręku” okazał się rozczarowanym działaczem PO, który w 2007 r. organizował wizytę Tuska.
Tak oto, oczadziali od własnej propagandy „ciemniacy” (copyright by FYM) nie zauważyli, że wesoło podśpiewują i tańczą na własnym pogrzebie.
91
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (5)