Bronisław Komorowski wraz z PO postanowili zdobyć głosy oddane na Napieralskiego poprzez zwrócenie się do samego kandydata, Jarosław Kaczyński postanowił osiągnąć to samo zwracając się do jego wyborców. Jeszcze wczoraj obiecywano Napieralskiemu niemalże pół królestwa i rękę Palikota. Dosyć szybko okazało się, że Napieralski może i jest młody, ale niekoniecznie głupi. Więc o bezwarunkowym i natychmiastowym poparciu a’la Cimoszewicz nie ma mowy. Prędzej będzie długie i męczące targowanie się według najlepszych PSLowskich wzorów, kto wie, czy nie zakończone apelem, by wyborcy kierowali się własnym sumieniem. Teraz PO przyjęła taktykę opartą na założeniu, że i tak większość wyborców Napieralskiego zagłosuje na Komorowskiego. Założenie cokolwiek odważne i oparte na przepełniającej kandydata wierze, że prezydentura mu się należy. Należy się, i już, tak jak nieboszczce Unii Wolności należał się udział w rządzeniu, bo zawsze wiedzieli lepiej co dla Polski dobre.
Najprościej byłoby powyższe zachowanie tłumaczyć, tym, że PO nie chce tych wyborów wygrać. Jak inaczej wytłumaczyć aroganckie założenie, że wyborcy danego kandydata to ciemna masa, która wraz z głosem oddanym w pierwszej turze udzieliła kandydatowi pełnomocnictwa do kupczenia tymże głosem w drugiej turze. Podobnie jak wytłumaczyć założenie, że Napieralski zaryzykuje dopiero co zdobyty kapitał na poparcie Komorowskiego. Wówczas albo wyborcy posłuchają i wybiorą Komorowskiego co osłabi pozycję SLD w przyszłych negocjacjach koalicyjnych z PO, albo oleją jak Cimoszewicza, co pokaże, że głosy na Napieralskiego były w istocie głosami przeciw PO i Kaczorowi razem wziętymi. Tyle, że PO bardzo, ale to bardzo chce te wybory wygrać. Jeżeli ktoś ma wątpliwości niech zobaczy ich miny w wieczór powyborczy. Oni naprawdę liczyli na zwycięstwo w I turze.
Waga zwycięstwa Komorowskiego wynika z oczekiwanego rozkładu głosów w nadchodzących wyborach parlamentarnych. PO zapewne będzie miała największy klub parlamentarny, ale do stworzenia koalicji będzie potrzebowała co najmniej jednej przystawki (z bufetu SLD/PSL – mimo wyniku Pawlaka o wejście PSL do Sejmu jestem raczej spokojny), do przełamania prezydenckiego veta i dwóch przystawek może być mało. Przy takich założeniach trudno racjonalnie rozważać, świadomą i dobrowolną porażkę PO. Kto dobrowolnie decydowałby się na rządzenie w warunkach ciągłego zagrożenia vetem i konieczności nieustannych targów i tarć wewnątrz koalicji. Mając swojego prezydenta PO wybierze przystawkę, po czym będzie ją nieustannie szantażować zamianą na drugą. Podobnie koalicja „wszyscy przeciw PO” jest możliwa jedynie, gdyby takiemu układowi patronował prezydent.
Dlatego też nie zgadzam się z FYMem, z „Naszym Dziennikiem” warto zapłacić cenę w postaci kokietowania elektoratu lewicowego, w postaci zaprzestania mówienia o postkomuniźnie, o dekomunizacji, która i tak znakomita większość wyborców miał w poważaniu. Trzeba te wybory wygrać za wszelką cenę, bo zwycięzców się nie sądzi. Betonowy elektorat PiS przełknął Leppera, bez problemu przełknie Napieralskiego. Jest zupełną mrzonką, że uda się zaktywizować dotąd biernych wyborców i w ten sposób zapewnić sobie zwycięstwo. Drogą do zwycięstwa jest pozyskanie poparcia roszczeniowego elektoratu. Niech sobie Marek Jurek dzierży palmę pierwszeństwa w byciu „najbardziej ideowym politykiem”, niech walczy z Korwinem o promile poparcia. O Kaczyńskiego oczekuję skuteczności. Ma te wybory wygrać i basta. Chociażby na złość „salonowi” i całej PO. Nie warto sięgać po nagrodę pocieszenia w postaci możliwości mówienia o tych milionach wyborców, którzy dali 49,5 %.
56
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (1)