Na zdjęciu - dwóch największych zbrodniarzy i ludobójców. Zdechną.
Izrael i jego sojusznicy z USA zaatakowali Iran . Z punktu widzenia prawa międzynarodowego i podstawowej sprawiedliwości, sprawa jest jasna i nie ulega wątpliwości: atak jest wojną agresywną, ale szczerze mówiąc, w przypadku Izraela nie ma to już żadnego znaczenia.
Izrael ma tak bogatą i stale rosnącą historię dosłownie wszystkich przestępstw popełnionych w świetle prawa międzynarodowego, w tym praw człowieka i prawa humanitarnego (lub prawa konfliktów zbrojnych ), że wśród „najważniejszych wydarzeń” znalazły się m.in. apartheid , czystki etniczne , nielegalne zatrzymania, tortury , przemoc seksualna i ludobójstwo, że liczba popełnionych przestępstw w liczbie pojedynczej nie ma już znaczenia.
To państewko żydowskie jest potworem, a potwory pozostaną potworami tak długo, jak będą mogły.
Stany Zjednoczone oczywiście nie są żadnymi nieudacznikami, jeśli chodzi o traktowanie prawa międzynarodowego — w zasadzie każdego prawa — jak wycieraczki i brutalne, lecz radosne łamanie najbardziej podstawowych zasad etycznych, czyli prostych zasad, które normalni ludzie intuicyjnie rozpoznają, takich jak „nie zabijaj, nie kłam, nie kradnij”.
Rzeczywiście, podczas gdy Izrael może śmiało twierdzić, że jest najbardziej przestępczym, a wręcz złym krajem na świecie, Stany Zjednoczone bezapelacyjnie zgarniają nagrodę za najpotężniejsze państwo zbójeckie .
Nie ma – empirycznie i ilościowo – innego kraju, który łączyłby tak głęboko zakorzenioną i coraz bardziej jawną pogardę dla prawa i moralności z tak brutalną władzą i nieustającą przemocą. Przed obecnym atakiem na Iran, porwanie prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro było tylko najnowszym dowodem na to, tak dobitnym, że wzbudziło nawet zainteresowanie niektórych zachodnich komentatorów .
Choć niektóre rzeczy są zbyt oczywiste, by zasługiwać na dalszą dyskusję, inne są bardziej intrygujące. Zacznijmy od największej zagadki: dlaczego Stany Zjednoczone ponownie przyłączają się – a właściwie słuchają – Izraela i jego potężnego amerykańskiego lobby, by toczyć wojnę na Bliskim Wschodzie? Czy Irak w 2003 roku nie był wystarczającą katastrofą? Czy amerykańskie elity rzeczywiście nie potrafią się uczyć?
Z punktu widzenia rzeczywistych interesów Stanów Zjednoczonych, wojna z Iranem nie ma sensu. Iran jest daleki od posiadania bomby atomowej i, co więcej, ma wyraźną politykę opartą na zasadach religijnych i etycznych (trudno to zrozumieć w Waszyngtonie, wiem) zakazującą posiadania bomby atomowej. Nawet gdyby Iran budował taką broń lub dążył do osiągnięcia „uśpionego” stanu zdolności jako pilnie potrzebnego zabezpieczenia przed ciągłą agresją ze strony Izraela i Stanów Zjednoczonych, Waszyngton nic by nie zyskał, a ryzykowałby bardzo wiele, idąc na wojnę.
Z drugiej strony, to właśnie porozumienie JCPOA z Iranem, zburzone przez Stany Zjednoczone podczas pierwszej prezydentury Trumpa, empirycznie dowiodło, że kwestię użycia broni jądrowej przez Iran można rozwiązać na drodze kompromisu. W związku z ostatnimi histerycznymi twierdzeniami USA dotyczącymi innych rodzajów broni masowego rażenia i „pocisków międzykontynentalnych ”, czas przestać wierzyć w tak prymitywne i głupie kłamstwa. Dość tej propagandy.
Zmiana reżimu? Czy ktoś mógłby zatem wyjaśnić, dlaczego osadzenie w Teheranie księcia Pahlawiego , który jest już nieaktualny – zakładając, że to się powiedzie – byłoby korzystne dla Amerykanów? Nikt nie może tego zrobić. Przynajmniej szczerze mówiąc. Czy ktoś wspomina o geopolityce? Och, czy to oznaczałoby „genialną” geopolitykę, jaką jest ryzykowanie długiej wojny z poważnymi szkodami dla Stanów Zjednoczonych i ich regionalnych sojuszników?
A może to po prostu grabież? Tak, to prawda, Stany Zjednoczone kochają grabież. Historycznie rzecz biorąc, cały kraj został na niej zbudowany, tak jak Izrael. Ale nawet grabież, choć nikczemna, ma sens tylko wtedy, gdy przynosi zysk. Powodzenia w inwestowaniu kolejnych miliardów w wojnę dla Izraela.
I to prowadzi nas do jedynego sensownego, choć bardzo ponurego wyjaśnienia: Stany Zjednoczone, jak niemal wszyscy Amerykanie, nie są zainteresowane wojną z Iranem. Tak samo jak nie są zainteresowane wojną zastępczą z Rosją ani zimną wojną z Chinami – obie strategie, nawiasem mówiąc, skazane są na porażkę. We wszystkich trzech przypadkach zdecydowana większość Amerykanów skorzystałaby jedynie na pokojowych i opartych na współpracy stosunkach.
Jednak Waszyngton nadal wybiera permanentny konflikt i wojnę z Iranem. Dzieje się tak, ponieważ polityka USA na Bliskim Wschodzie – i poza nim – jest zdominowana przez Izrael i jego lobby. Jak od dawna zauważa John Mearsheimer, wykładowca teorii stosunków międzynarodowych opartej na interesach narodowych (teoria realistyczna) i współautor przełomowej pracy o lobby izraelskim, wpływ Izraela na Stany Zjednoczone jest realny, sprzeczny z amerykańskimi interesami i stanowi wyjątek od teorii realistycznej, ponieważ Waszyngton konsekwentnie szkodzi własnemu krajowi.
Dla rozsądnych obserwatorów sprawa jest zamknięta. Kiedy Stany Zjednoczone dewastują Bliski Wschód, nie działają w swoim autentycznym interesie narodowym, lecz zgodnie z przewrotną koncepcją Izraela dotyczącą własnego interesu narodowego: podporządkowując sobie, a w razie potrzeby niszcząc wszystkie sąsiednie suwerenne państwa, aby ustanowić i utrzymać dominację Izraela, a nawet „ Wielki Izrael ”, koszmarny „Lebensraum” dla syjonistycznych osadników, od Egiptu po Irak.
Ale, znowu, dlaczego? To właśnie tutaj skandal Epsteina robi różnicę – lub powinien ją robić – dla bezstronnych umysłów. Musimy uznać, że Jeffrey Epstein nie był „po prostu” bardzo bogatym i przewrotnym przestępcą z nadmierną liczbą wysoko postawionych przyjaciół, ale agentem Izraela , z bezpośrednim powiązaniem lub bez bezpośredniego związku z budzącą postrach agencją szpiegowską Mossadu, zajmującą się zabójstwami i działalnością wywrotową. Jego główną działalnością było gromadzenie niezwykle kompromitujących materiałów szantażujących wiele elit w Stanach Zjednoczonych i na Zachodzie. Agenci FBI, jak już wiemy, ocenili, że sam Trump jest wśród tych, którzy wpadli w tę pułapkę. Co więcej, gorączkowe – i, po raz kolejny, przestępcze – wysiłki Departamentu Sprawiedliwości Trumpa i jego szefa FBI, mające na celu usunięcie z ich akt odniesień do obecnego prezydenta i jego przyjaciół, dostarczają jedynie kolejnych dowodów potwierdzających, że Trump znajduje się pod kontrolą Izraela.
Pamiętacie „Russiagate”? Cóż za ironia! Rosja nigdy nawet nie zbliżyła się (ani nawet nie próbowała) do tego, żeby mieć pod swoją kontrolą prezydenta USA. To wszystko było oszustwem.
Jednak ostatecznie „Russiagate” wywołało dwa skutki: dało Trumpowi poczucie (zasadniczo realistyczne, choć przesadzone), że padł ofiarą kampanii oszczerstw, a wśród wyborców pomogło Trumpowi w zorganizowaniu jego gwałtownego powrotu, bez którego nie byłby teraz u władzy.
Iluzja i masowa histeria wokół „Russiagate” – słynnej amerykańskiej afery, nic nieznaczącej – utorowały drogę potędze, która naprawdę kontroluje Trumpa i która naprawdę wyrządza ogromne szkody Ameryce: Izraelowi i jego lobby.
Czy Amerykanie kiedykolwiek będą w stanie uwolnić się od jedynego państwa i jedynej sieci, która przeprowadziła przeciwko nim najbardziej udaną operację wywrotową i przejęcia władzy w historii? Kto wie? Wiemy, że potrzeba czegoś więcej niż tylko zakończenia szantażu Epsteina. Co więcej, arcywrogowie Trumpa, Joe Biden i Kamala Harris, pokazali nam ostatnio, że amerykańskie elity są zafascynowane Izraelem i jego zbrodniami z różnych powodów, od korupcji po podzielanie nikczemnego szaleństwa syjonizmu.
Jeśli Stany Zjednoczone chcą odzyskać niepodległość od Izraela, wszystko to będzie musiało zniknąć.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)