Donald Tusk lubi w różnych promocyjnych kampaniach pokazywać się pod żółto-czarną kaszubską flagą i podkreślać swą kaszubską tożsamość. Czyżby jednak był na bakier z kaszubską mową?
Na krytykę prezesa partii opozycyjnej, zarzucającego rządowi polskiemu uległość wobec Rosjan ("zachowują się jak wystraszony piesek") w postępowaniu mającym wyjaśnić przyczyny katastrofy smoleńskiej - Donald Tusk odpowiedział z właściwym sobie wychwyceniem meritum.
Oświadczył, że będzie to traktował jako komplement. "Bardzo lubię psy (...) Mogę być małym psem (...) jakoś wytrzymam." Po czym pochwalił się, że ``rząd wykorzystał wszystkie dostępne możliwości, by śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej przybliżało nas do prawdy.``
Jaka to "prawda" - na razie nie widać, wygląda na to, że "gazetowa prawda", ale jako Turbodymomen Ciętej Riposty pan premier niespecjalnie się popisał.
W razie wątpliwości - weryfikujcie u Wodzianny, ale ja sobie przypominam, że moja gdyńska rodzina podkreślała kiedyś, że w języku kaszubskim "tusk" nie znaczy nic innego niż właśnie mały pies.



Komentarze
Pokaż komentarze (27)