Et tu TVN contra me?! - mógłby zakrzyknąć europoseł/ bloger Marek Migalski.
Bo sztylet wbity w plecy modnej marynarki mógł zaboleć. Dziennikarze tej stacji, z programu "Tak jest" przyłapali europosła Migalskiego (PJN), jak opuszcza posiedzenie sejmowej komisji ds. Unii Europejskiej - tuż po rozpoczęciu jej obrad.
A warto wiedzieć, że za obecność na takim posiedzeniu europoseł otrzymuje z Parlamentu Europejskiego dietę dzienną w wysokości skromnych 304 euro. (W przeliczeniu na złotówki daje to, w przybliżeniu, połowę miesięcznej pensji nauczyciela w naszym kraju.)
Sztuczka polega na tym, że dla zainkasowania owej diety wystraczy potwierdzić swoją obecność na posiedzeniu komisji - podpisem. A potem...
``W rozmowie z reporterem "Tak jest" Migalski twierdzi, że nie wziął udziału w posiedzeniu, bo nie wiedział, że odbywa się ono tak późno, a miał umówione spotkania. -Polityk ma też inne obowiązki w stosunku do swoich wyborców.``
Moją uwagę zwróciło słowo: "też".
Znaczy - równie solidnie? Na podpis? To jakaś brukselska wersja przychodu "na słupa"?
Ech, wielki świat... Nie nam, maluczkim w te progi spoglądać...
Panie Pośle, Wysoki Europarlamencie - nie wiem ile czasu zajmuje Panu złożenie podpisu. Nie wiem także w towarzystwie których eurodeputowanych był Pan uprzejmy budować tak swój przychód. Z moich wyliczeń wynika, że uzyskał Pan 304 euro za, około, 15 sekund pracy - tzn. za złożenie podpisu.
Życzę Panu każdej tak szczęśliwej minuty życia (a 1216 euro). Donald Trump na pewno nabierze szacunku dla Pana.
Aha, może jakieś "OŚWIADCZENIE"?



Komentarze
Pokaż komentarze (6)