Dzisiejszy dzień jest ponoć ważny dla miast ubiegających się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Wizytują je w ten poniedziałek eurounijni jurorzy, aby osobiście ocenić poziom miast-kandydatów.
Osobiście nie mogę zrozumieć, jak może ubiegać się o taki tytuł miasto, które nie potrafi zadbać nawet o czystość swoich chodników! W ramach eksperymentu np. obserwuję od kilku miesięcy papierowy kubek po kawie ze stacji benzynowej, wyrzucony przez kogoś na ulicy prowadzącej z Hotelu Mercure "Unia" do budynku Filharmonii Lubelskiej. Kolejne tygodnie mijają, stopniały już dawno śniegi, które przykryły kubek poźną jesienią - a on trwa! Kolor lekko spłowiał, blaknąc w promieniach czerwcowego słońca, ale logo jest nadal do odczytania. Leży sobie spokojnie i kłuje w oczy. Ale kogo? Bo chyba nie włodarzy miasta odpowiedzialnych za schludny wygląd ulic w samym centrum.
I ten Lublin, nie przejmujący się śmieciami na prestiżowych ulicach, aspiruje teraz do tytułu, którym kiedyś szczycił się Kraków. Moja galicyjska dusza spoglądała na to z ironią, ale dzisiaj zawrzała.
Z okazji jurorskiej wizytacji Gazeta Wyborcza w Lublinie publikuje na swoich stronach entuzjastyczne apele osób popierających kandydaturę Lublina. Lublin popierają tam - piłkarz, gitarzysta i znany w całym kraju kabaret wywodzący się z Lublina - "Ani Mru Mru". Klip wideo nakręcony na tę okoliczność pokazuje trzech komików przechadzających się po pustawych ulicach lubelskiego starego miasta i śpiewających piosenkę... zerżniętą żywcem z przeboju artystów Wesołej Lwowskiej Fali!
Autor słów piosenki "Tylko we Lwowie" - Emanuel Schlechter - nie zaprotestuje, bo nie żyje od 1943 roku, zabity we lwowskim gettcie albo obozie pracy przy ul. Janowskiej. A mógłby protestować, bo był tekściarzem bardzo przed wojną szanowanym i popularnym - spod jego pióra wyszło wiele przebojów, jak choćby "Każdemu wolno kochać".
Autor muzyki - Henryk Wars - też się już nie upomni o swoje prawa. Zmarł w 1977 w Los Angeles, gdzie trafił po wojnie, wyszedłszy z Sowietów wraz z Armią Andersa. Wars to legenda polskiej piosenki - i chyba nie trzeba nikomu na S24 przypominać tej postaci. Myślę, że panowie z Ani Mru Mru mogliby sobie poczytywać za zaszczyt, gdyby mogli za nim nuty nosić.
Sam Lwów też się nie obroni - bo na ratuszu wisi obecnie inna flaga, a na ulicach towarzyszą jej sino-żółtym barwom coraz częściej inne - czarno-czerwone. Kto ma gugla do guglania niechaj sobie wygugla.
I nie przekonają mnie argumenty, że pół wieku minęło, zatem prawa autorskie wygasają itd... Chyba, że śmiałek podnoszący takie opinie zgodzi się, że można tańczyć "Czerwone maki" na parkiecie. Nawet w Warszawie za coś takiego bili w pysk. Tak postrzegano rolę narodowych melodii.
Może więc w obornie pieśni symbolicznej dla tego Miasta Zabranego stanąć zwykła ludzka przyzwoitość?
Może zapytać sytych sławy i łasych na eurowalutę - czy wypada kraść piosenkę miastu, które się już nie upomni o swoje prawa, ale które w swoim herbie nosiło Krzyż Virtuti Militari i dewizę "Semper Fidelis"? Które swoich Lwowiaków ma rozsianych po całym świecie - ale ich serca zawsze przy sobie?
Bo to co robi w europromocji "kultury" Lublina kabaret Ani Mru Mru jest czymś, co mi kojarzy się z okradzeniem ubogiego lub biednej wdowy.
Panowie kabareciarze - kudy wam do Szczepka i Tońka! Występujecie jako "Chłopaki Cfaniaki" - możeście i cwani, ale na batiarów uważajcie.
Bo na razie jesteście tylko "cfani" na kasę. Nie stać was było na wymyślenie własnej piosenki???
Sztemp!
- dla porównania:
oryginał
i zreżnięta atrapa:
http://www.youtube.com/watch?v=esiF89t-Ehk&feature=player_embedded#at=14



Komentarze
Pokaż komentarze (11)