Telewizja publiczna zmienia się. Czy na "lepsze" - osądzicie Państwo sami. Ja osobiscie zachęcałbym do nie nadużywania porannego programu TVP1 "Kawa czy herbata". To znaczy - jak ktoś chce sobie zrobić drugie esspresso doppio albo latte, czy kubek mocnej English breakfast tea w ciągu jednego poranka, to ja bardzo dobrze zrozumiem. Ale jak włączy telewizor na ten program - to ja już pochwalić nie mogę.
Dziś rano publiczna TVP zafundowała widzom koktajl szkodliwy chyba nie tylko na żołądek, ale też szkodzący na głowę. Ktoś w TVP wpadł bowiem na pomysł promowania w porannej telewizji występów w Polsce rosyjskiego Chóru im. Aleksandrowa. I to może jeszcze ktoś o strusim żołądku wytrzymałby przy śniadaniu, choć ja osobiście pamiętam, że ten chór jeszcze niedawno był reprezentacyjnym zespołem Armii Czerwonej. Ale - ma tournee po Polsce, ludność płaci za bilety z własnej kieszeni, jest geszeft, jest "lekrama". Dziwne, że do śniadania - ale trudno. Wytrzymam.
A jednak - mało im było takiego testowania mojej wytrzymałości. Chór postanowił zaprezentować swoją delegację, na żywo w studio telewizyjnym. Jakieś osiem osób. Do porannej kawy. Zgadniecie Państwo co zaśpiewali? Nie zgadniecie!
Z głośnika telewizora, w poranek po kolejnej rocznicy kapitulacji Powstania Warszawskiego, popłynęła - w tym szczególnym wykonaniu - pieśń... "Czerwone maki na Monte Cassino"!!!
Ja widzę, że "polityka miłosi" bratniej, że rura, że umowa im. Waldemara Pawlaka, gaz i "najlepsze od stuleci relacje". Uścisk bratni, choć kraj w matni - i takie tam polityczne geszefty szmondaków u władzy...
Ale żeby w słoneczny poranek chórzyści armii, której codzienna gazeta nadal nazywa się Krasnaya Zvezda, śpiewali z mojego telewizora pieśń żołnierzy, którym Józef Wissarionowicz Stalin, wódz Armii Czerwonej, zabrał Ojczyznę - tego już za wiele!
Żołnierze II Korpusu gen. Andresa szli pod kule na Monte Cassino wiedząc, że ich strony rodzinne alinci byli uprzejmi oddać Sowietom. I teraz spadkobiercy tych sowieckich "wyzwolicieli" Kresów spod władzy "Polski panów" mają czelność śpiewać "Czerwone maki..."???
Ale, ale - czemuż tak nieśmiało dobrano repertuar?! Przecież równie dobrze można było spodziewać się z tych "krasnych" ust wykonania "Raduje się serce, raduje się dusza/ gdy Pierwsza Kadrowa na Moskala rusza..." albo na przykład żurawiejek, z ich żelaznym refrenem "Lance do boju, szable w dłoń/ Bolszewika goń, goń, goń!"
Zaiste - byliśmy świadkami niedopatrzenia!
Od tej chwili czekajmy na wieczornicę, na której wzruszony prezydent Bronisław Komorowski oklaskami w Teatrze Narodowym nagrodzi występ chóru reprezentacyjnego Bundeswehry, i jego brawurowe wykonanie "Pałacyku Michla".
p.s.
Przypominają mi się opowieści Dziadka, który opisywał, że za próbę tańczenia "Czerwonych maków..." (tango!) zagranych w powojennej Polsce przez kawiarnianą orkiestrę, jegomość prowadzący pannę na parkiet - dostawał w pysk.
Jak to mawiała pani Lola Surówka z krakowskiego Domu Literatów, w ślad za Zofią Nałkowską - cytuję na odpowiedzialniość prof. Bronisława Maja - "Musi być jakaś granica!"




Komentarze
Pokaż komentarze (2)