Tymczasem jednak Szablozęby Grigor, wcielając się na tę okazję w inną, filmową dla odmiany postać Wujka Dobra Rada, postanowił Panu Prezydentowi w związku z jego wizytą w Białym Domu udzielić - w zastępstwie nieocenionego w takich razach Bula - kilku wskazówek odnośnie zasad dobrego wychowania, zachowania przy stole itp.:
"Niech pan wystąpi w roli zarówno prezydenta Polski, jak i przedstawiciela UE. I niech pan będzie partnerem, a nie klientem USA"
Czyli innymi słowy (jeśli czytać sens tychże banałów między wierszami):
"Niech pan wystąpi w roli zarówno ambasadora Wielkich Niemiec, jak i propagatora szczytnej idei Mitteleuropy oraz piewcy teutońskiej potęgi. I niech pan nie wysuwa się ani na jotę ponad przydzielony przez Tante Angelę kojec"
Na całe szczęście, zgodnie z przewidywaniami wszystkich salonowych ekspertów od dyplomacji, przedmiotowa wizyta okazała się być całą serią tak żenujących wpadek i naruszeń poświęconego przez samego papieża protokołu dyplomatycznego (co do których jedynie wtedy gdy popełniane są przez najświeższą – choć przecież nie pierwszej świeżości – synową królowej angielskiej, spotykają się z niekłamanym entuzjazmem, by nie powiedzieć, że wręcz aplauzem wszelkich tyleż wiodących, co usłużnych pracowników łże mediów – bo przecież nie dziennikarzy), że wszystkie bredzenia poczciwego wujaszka Bronka, przy których tamtejszemu wujowi Tomowi jedynie źrenice rozszerzały się coraz bardziej z osłupienia w trakcie bezowocnych poszukiwań sensu tego o czym facet gada, poszły natychmiast w niepamięć jako dziecięca igraszka, nie wspominając już o sławetnym skakaniu po krzesłach, który to rodzaj mebla jak się wydaje, amerykańscy szefowie protokołu pomni właśnie na ową japońską okoliczność, postanowili najwyraźniej tym razem zapobiegliwie pochować po niedostępnych zakamarkach Białego Domu.
Dzielnie w sukurs naszemu schreckliwemu mistrzowi dyplomacji idzie najlepszejszy z wszystkich kandydatów (bo w końcu najinteligentniejszy, najpiękniejszy i najlepiej uczesany, a do tego wszystkiego z dobrego domu, mimo że obarczonego nieco ostatnim czasem ujawnieniem działalności szanownej rodzicielki-donosicielki, ale to najpewniej złe pisowskie języki, nic ponadto), po raz kolejny wzorem wrażych pisowców „dzieląc Polaków”, a konkretnie tym razem warszawiaków na tych z krwi i kości i na tych skądinąd. Obaj pracują tym samym w pocie czoła na zbliżający się wielkimi krokami spodziewany sukces totalniactwa w postaci niezwykle korzystnego werdyktu wyborczego, którego wprawdzie tym razem jakoś nijak nie chcą zapowiadać publikowane sondaże, ale nic to – „robimy swoje”, „tak trzymać panowie”, „Polacy nie mogą nie docenić naszych wysiłków we wprowadzaniu w życie doktryny >>ulicy i zagranicy<<”, „jeszcze wincyj bilbordów” – w ten sposób mniej więcej zdaje się wyglądać ichni pomysł na kampanię. Jednak to nie koniec kułalicyjno-łobywatelskiej ofensywy wyborczej bo - jak to mówią - nieszczęścia lubią ponoć chadzać stadami. Okazuje się, że jeden z niezawisłych sądów oddalił właśnie jako „oczywiście bezzasadny” pozew w trybie wyborczym wniesiony przez idącego przez wieś Grzesia wraz z towarzyszącą mu menażerią wobec urzędującego premiera, który śmiał spostponować jakże ambitny program nie robienia polityki na rzecz budowy mostów i dróg, których jak się okazuje oko nie widziało ani ucho nie słyszało, a jeśli już widziało i słyszało to o takich, które budowane były w rekordowo długim czasie i za rekordowe pieniądze rzecz jasna, z których nawiasem mówiąc – najpewniej za sprawą krewnych i znajomych pędzącego królika - harujący przy budowie tejże infrastruktury podwykonawcy częstokroć nie zobaczyli złamanego grosza, co podobnież stało się w owym czasie powodem niejednego dramatu ludzkiego.
Czyli jednym słowem biada nam – nie masz już wolnych sądów w Rzeczpospolitej! Pozostały nam jedynie sądy nieco szybsze. Aczkolwiek dzielny Schet, o którym krążą wieści, zgodnie z którymi w przypadku wykopania z brukselskich synekur (do niczego już tam w obecnej sytuacji politycznej Tante Angeli niepotrzebnego, za to jak nikt inny nauczonego łasić się do niej i merdać krótkim ogonkiem) wesołego Donka i ewakuacji tego pociesznego błazna ciupasem do kraju, nadal w chwili obecnej panujący miejscowym totalniakom batiar (inaczej „lwowski żulik”, jak podobnież określać zwykli go kolesie z nieco lepiej urodzonych bądź też ożenionych kręgów totalniackiego towarzystwa) miałby - jako sporządzony na tę okoliczność plan awaryjny - zapewniony angaż w kolejnej części „Szczęk”, otóż ten nasz być może przyszły pierwszy gwiazdor filmowy światowego formatu, nie omieszkał przy tejże okazji poodgrażać się, że będzie apelował. Jakby zaś tego było mało, obrazu nędzy i rozpaczy dopełniają ostatnie wyznania Histerycznej Yjwy, która na pytanie dziennikarza radiowego o utrzymywanie kontaktu z rzeczony niewydarzonym brukselskim piłkarzykiem, postanowiła ni z tego ni z owego postraszyć słuchaczy zabieraniem niegrzecznym obywatelom telefonów i uruchomieniem opcji rozmów kontrolowanych, które to działania miałyby rzecz jasna już w niedalekiej przyszłości zostać podjęte przez tutejszy zamordystyczny reżym, co po wyartykułowanej nie tak dawno z ramienia pokrewnego owej pani środowiska groźbie „zabrania Internetu”, stanowiłoby pewną - trzeba przyznać, że dość ekscentryczną – nowość. Trudno doprawdy przejść do porządku dziennego nad faktem, że toto właśnie jestestwo o umysłowości pantofelka pełniło przez jakiś czas z donkowego namaszczenia urząd premiera, przy czym nie bagatelizowałbym teorii, zgodnie z którą mogła być to największa z form znieważenia instytucji państwa polskiego, jakie ryży oszust miał w swojej błyskotliwej karierze okazję popełnić. Jednym słowem widać wyraźnie, że towarzystwo w panice robi pod siebie i zamiata nogami, jednocześnie niezwykle brzydko chwytając się czego popadnie. Nie ukrywam jednak, iż życzyłbym sobie i innym aby obawy wyrażane werbalnie lub jedynie mową ciała przez cały szereg nakreślonych powyżej groteskowych postaci, spełniły się w całości i aby po kolejnych z rzędu wyborach można było w końcu w pełni autorytatywnie skonstatować, że wreszcie skończyło się różnym niewczesnym dziadom i babom s..nie i nomen omen (nawiązując jeszcze raz do najlepszejszego itd. mości kandydata) trzaskanie drzwiami.




Komentarze
Pokaż komentarze