timbarimba timbarimba
105
BLOG

A jednak gdzieś w Polsce można !

timbarimba timbarimba Rozmaitości Obserwuj notkę 0

Wybrałem się w czasie kanikulnym na peregrynacje i dotarłem do Kazimierza Dolnego. Nie byłem tam jakieś osiem lat, więc postanowiłem odwiedzić, choć jako krakus z oczywistych przyczyn nie darzę Kazimierza jakąś nieskończenie wielką estymą. W towarzystwie pewnej damy zgłosiliśmy się do wzorowego zakładu hotelarskiego przy ulicy Sadowej. Zakład piekny, nowy w otoczeniu doskonale utrzymanym i ze smakiem przystrzyżonym. Idziemy do pokoju o podwyższonym standardzie, dwuosobowego z łożem małżeńskim. Pokój za złotych 300 PLN okazał się klitką w kształcie litery L, z łożem dla 1.5 osoby niemożliwie trzeszczącym. Łazienka wielkości naparstka z toaletą tak sprytnie wciśniętą miedzy ścianę a prysznic, że niemożliwością było z niej normalnie skorzystać. „O nasienie występne !”, że zacytuję klasyka zapachniało najnormalniejszym arcypolsko, hotelarskim wyzyskiem człowieka przez człowieka. Widywał o się przecież podobne klitki np. w Zakopanym tyle, że tam znajdują się przy Krupówkach i kosztują jedynie 250 PLN za klitkę i to w szczycie sezonu narciarskiego i rosyjsko-ukraińskiego. Z Krakowem już w ogóle nie ma co porównywać bo w tym pięknym mieście człowiek znajdzie w samym centrum duże pokoje hotelowe poniżej 200 PLN i to w szczycie turystycznym i brytyjskich stag parties.  Śniadanie skromniutkie jakby tabuny rodzimych i rosyjskojęzycznych turystów co dzień wynosiły po dziesięć kanapek każdy, co jak wiadomo w pięknym mieście Zakopanym doprowadziło do likwidacji unych, nowomodnych pomysłów stołem szwedzkim zwanych. Tu się jeszcze stół ostał ale też było na nim dokładnie tyle, żeby nie umrzeć z głodu a kanapki żadnej nie wynieść, no chyba, że sąsiadowi lub sąsiadce z talerza kradnąc. Ale pani kelnerka grzecznia pyta czy sobie jajecznicę życzę czy może naleśniki. Ach gdybyż bardziej przykładała się w szkole. Wiedziałaby wówczas czym różni się alternatywa od dysjunkcji. Już miałem na końcu języka pytanie klaryfikujące, którą z tych dwóch konstrukcji stosuje się w owym wzorowym zakładzie hotelarskim, ale przecież każdy kto czytał choć jeden mój tekst wie, że jestem chamusiem co się zowie, prawdziwym polskim, buraczanym chamidłem więc bez zbędnych deliberacji poprosiłem zarówno o jajecznicę jak i o naleśniki. Innymi słowy nie pesząc dziewczęcia, choć jak wiadomo: „repetitio mater studiorum est”, uznałem, że zastosowano alternatywę a ta jak wszystkim wiadomo jest prawdziwa również gdy oba czynniki są prawdziwe. I to ją dopiero speszyło ! Bo z takim chamstwem w pięknym zakładzie hotelarskim przy ulicy Sadowej dawno nie miano do czynienia. I co tam speszenie, ale najgłębsze już przerażenie odmalowało się na twarzy dziewczęcia, które zrozumiało, z kim ma do czynienia, więc wybąkała coś o potrzebie konsultacji na zapleczu i szybko w kuchni zniknęła, skąd też jeły dochodzić głośne połajanki. Dama spojrzała na mnie karcąco a świat zamarł ze zgrozy w tej niewymownej chwili gdy moje „nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu” obajwiło mu się w całej sromocie. Ale wiadomo świat obok nie takich tragedii przechodził obojętnie wiedziony rozlicznymi swymi imperatywami i przez Ducha Dziejów i przez Konieczność Dziejową popychany do dalszego przechodzenia, jak nie przymierzając w Luwrze jakimś przed obrazem damy o tajemniczym uśmiechu. Więc cóż stało się i niebawem też panna ukazała się z talerzykiem jajecznicy i z miną zbolałą a następnie też przyniosła i naleśniki pilnie bacząc w koło czy kto nie patrzy i czy zarazy jakiejś nie przeniosę na innych stołowników. I tak płynęło sobie śniadanie przy kawie cienkiej, lurowatej ale czegóż można oczekiwać za marne 300 PLN.

Przyszedł czas miastu się przyjrzeć z bliska a w mieście jak to w mieście. Przerażająca plomba z lat siedemdziesiątych jak na wprost banku PKO S.A. stała tak stoi i cyganki na rynku swoje profetyczne usługi głośno oferują i portyki piękne, renesansowe i kocie łby i świątki z drzewa strugane i Jana Wołka galeria ale w niej piosenek nie uświadczysz niestety ino one ckliwe pejzaże  Jana się ostały a przecież do dziś mi brzmi mi w uszach jego „dzwonisz z dołu z budki” słuchane z kaset tonpressu w najczarniejszej godzinie stanu wojennego i chciałem sobie ten duszny klimat odświeżyć ale nie masz nadziei.  A potem zaczęliśmy się zagłębiać w jary wiadome gdzie straszliwe roje komarów natychmiast nas na ząb brać zaczęły ale ja już wiedziałem o czym będę dziś pisał. Bo nie o tym przecież, że w Kazimierzu Dolnym caprese nazywa się „przysmak królowej Bony”, nie o tym przecież, że kuchnia tam serwowana jest tak nieskończenie buraczano przewidywalna, że w kartach same tylko mięsa czerwone i dziczyzna, że kluski i ziemniaki, że żurki i inne zawiesiste gulaszowe cuda. Jakbyśmy co najmniej mieli styczeń z mrozem trzaskającym a kucharze nabierali szlifów w zakładach zbiorowego żywienia dla drwali, że zupy owe zawiesiste za 22 PLN w niepozornych zakładach gastronomicznych są serwowane. Więc nie o tym wszystkim chciałem pisać ale o tym, że to miasto niesamowicie wypiękniało. Kto chce niechaj wierzy, kto nie chce niech nie wierzy ale idę sobie po n-tej uliczce i naocznie się przekonuje, że Polak, co to anarchię wyssał z mlekiem matki tu jakby jakiś inny. Ogródek w ogródek pięknie utrzymane, trawy skoszone w nawet najbardziej zakazanych miejscach i widać, że sztuka ogrodnicza do czerepów rubasznych w jakiś magiczny sposób przenika i swoje spustoszenia tam czyni. Pewnie, że można się wzdragać, że jak ma coś zakryć w poziomie to irga a jak w pionie to nie uświadczysz nic innego niż winobluszcz, że skalniak w skalniak podobne do siebie jak „denne wyżyny” umysłowości naszych architektów pejzażu, że kolorystyka uboga jak oferty zakładów ogrodniczych skąd te wszystkie iglaki w doniczkach przyjechały ale jednak jest coś. A teraz wzrok mój wyżej błądzi i jeszcze większe dziwy mu się ukazują, bo domy w kolorystyce i w materiałów wykorzystaniu jakby do czegoś nawiązują. Toż to już nie jest bura kostka polska obok gargamela różową farbą po elewacji obrzuconego. Toż to już nie jest blacha falista obok azbestu i rynny w kolorze niebieskim do brązowych okiennic. Wszystko mi jakoś do siebie pasuje i dachówka piękna i rynny i ramy okienne z sobą grają. Jakbym do Tyrolu czy innej Szwajcarii na narty się udał i ową architekturę tam kontemplował.

A więc można i w Polsce o pejzaż miejski zadbać, a więc można i w Polsce tamę gargamelizacji postawić i w Polsce można o ogrody zadbać i jakoś nie słyszałem o protestach mieszkańców, których się zmusza do budowania ładnie, do używania materiałów odpowiednich, do dbania o obejście. Więc wszystko Kazimierzowi odpuszczam i pokoje za 300 i żurki za 22, w końcu wiadomo stoliczna tam socjeta bywa i niech się na zdrowie dziczyzną i żurkami pasie, bo pokazał mi, że jest jakaś inna Polska i inni Polacy, którzy potrafią się o coś więcej niż czubek własnego nosa starać i widzą, że warto elewację na piaskowy kolor pomalować, żeby coś więcej niż własna zagroda na tym zyskała.

I patrzę sobie na gargamele mnie otaczające, na „dworki polskie w stylu niemieckim” spośród nich wystające i patrzę na „kostki polskie” ten niechlubny wkład naszej ojczyzny do światowej architektury, patrzę na elewacje we wszystkich kolorach tęczy i z nimi „harmonizujące” na zasadach kontrastu rynny i okiem obramowania i czekam kiedy kazimierska zaraza rozprzestrzeni się na ten kraj.

A ty Czytelniku jeśli jakimś cudem dobrnąłeś do tego miejsca napisz mi proszę o znanych Ci miejscach gdzie można podobnie integralną architekturę obejrzeć, gdzie lepsze wygrywa z gorszym a nasze z moim.

timbarimba
O mnie timbarimba

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości