Nie chcę zaczynać od Adama i Ewy, zatem nie będę dywagował o handlu zbożowym Rzeczypospolitej sprzed pierwszego rozbioru, bo zdaje się, że póki Gdańsk w granicach tej Rzeczypospolitej faktycznie się znajdował póty handel zbożowy raczej ją cementował niż dzielił.
Najpierwej trzeba przypomnieć, iż Gdańsk po pierwszym rozbiorze pozostawał wprawdzie w granicach ginącej Rzeczypospolitej, ale dostęp do niego był z racji odseparowania od macierzy 200-kilometrowym pasem ziemi należącej do Prus i arier celnych (niesławne komory W Foronie) z czasem coraz bardziej utrudniony. Pod koniec lat 80-tych Niemka na ruskim tronie, rozwiązła Katarzyna, za sprawą przypływu nie wiedzieć czyjego politycznego geniuszu wydała ukaz o budowie twierdzy, stoczni i portu w zabitej dechami dziurze Biłhowiszcze, którą przemianowano na Chersoń, od starożytnego Chersonesos. I wtedy zaczął się biznes królewiąt związany z żeglugą czarnomorską i ruską banderą, która umożliwiała swobodne przejście przez Bosfor i Dardanele. Wielka część dawnego eksportu zbożem przez Gdańsk została przekierowana na południe. Kompania Handlowa Polska (kontrolowana, bez wchodzenia w detale, przez rodzinę Potockich) umożliwiła gigantyczne wzbogacenie się tej familii, jak i innych kresowych magnatów, a koniec końców w jakiejś mierze w następstwie tych zmian Mieczysław Potocki stał się najbogatszym człowiekiem w Europie - ale to już inna historia. Eksport zboża przez Chersoń stał się więc czynnikiem wiążącym interesy kresowej magnaterii z państwem ruskim. I to interesy, a nie parszywa oraz zdradziecka natura Stanisława Szczęsnego Potockiego pchały go ku zdradzie i zaprzaństwu (no, może też z pewnym udziałem tej Soficy Glavani, co to zdaje się nie jednemu dworowi służyła, jako i jej protektor, wprowadzający i legendujący, Boscamp-Lasopolski, którego nasz najgoręcej Ojczyznę miłujący lud słusznie we Warszawie obwiesił. Warto pamiętać ile można zdziałać jednym portem.
Inna historia, według piszącego te słowa, zbożowa, związana jest z traktatem ryskim. W ramach przyprawiania przy każdej okazji i z każdego powodu gęby endekom przez socjalistyczną bandyterkę wielonarodową, ukuto tezę, jakoby to właśnie endecja nie chciała zaakceptować dalej na wschód położonej granicy państwa polskiego i dążyła do pozostawienia poza jego terytorium terenów o mieszanym składzie etnicznym ludności. Może i endecja nie pałała zapałem do federacyjnych koncepcji kocących się w głowie nadesłanego z Niemiec Marszałka (które to koncepcje niechybnie skończyłyby się w wypadku Ukrainy nieszczęściem porównywalnym do wojen kozackich), ale też nie ona decydowała. Przewodniczącym polskiej delegacji był Jaś Dąbski, do to sobie w nim upodobał jak Macierewicz w Misiewiczu sam Wincenty Witos, a za zastępców miał Leona Wasilewskiego i Henryka Strasburgera, z których żaden miłością do endecji nie pałał, a ten pierwszy był bliskim współpracownikiem Marszałka. Można więc pleść i opowiadać lewicow0o-chłopskie bzdury o zdominowaniu polskiej delegacji przez Grabskiego - endeka, ale to tylko gadanie. Prawdziwym motywem poprowdzenia granic, które m.in. zaowocował, prócz innych nieszczęść, gehenną Zaberezyńców, była obawa oraczy mazowieckich piasków przed zalewem zboża z Litwy (historycznej) i konkurencyjnością tamecznego rolnictwa. To interes ekonomiczny warstwy chłopskiej, a nie jakieś ideologiczne imponderabilia, legł u podstaw okrojenia Rzeczypospolitej. I nie pomogą tutaj żadne argumenta w stylu "wszyscy to wiedzą". W polityce liczą się interesy, a wojny są o pieniądze.
Wyciąganie historycznych analogii bywa zdradliwe, a czasem wręcz karkołomne. Nie widzę podobieństwa sytuacyjnego do przedstawionych "historii zbożowych", ale widzę historyczny związek południa Korony Najjaśniejszej z Morzem Czarnym, nie z Bałtykiem, i konflikt interesów rolnictwa tej Korony wschodu i zachodu. Zawsze wraca biologia Dmowskiego.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)