Oświadczyłem Żonie, na co otrzymałem jednoznaczną odpowiedź:
„Gdybyś to zrobił, rozwiodłabym się z Tobą!”.
Zanim jednak padło to zdanie i nim otrzymałem na nie odpowiedź, musiałem nieco Żonę „urobić”, w sensie politycznym, ponieważ, po pierwsze, nigdy by mi nie uwierzyła, po drugie, nie odpowiedziałaby w ten sposób.
Ponieważ codziennie rozmawiamy o polityce, więc i tym razem zaczęło się niewinnie. W sobotę oglądaliśmy wiec poparcia Jarosława Kaczyńskiego i przemówienie prezesa PiS.
I wówczas zaryzykowałem niewinny quasi-eksperyment. Powiedziałem, co moim zdaniem, jest dobre dla POlski, która jest PO pierwsze najważniejsza.
Roztaczałem taką oto wizję:
Przede wszystkim, najlepiej byłoby, gdyby, Polskę reprezentował jednak jeden obóz polityczny, który nie prowadziłby ze sobą ciągłej „wojny domowej”, a prezydentem został człowiek słaby, który mógłby wykonywać polecenia i zalecenia rządu. Rządu, który choć ma wiele grzechów, jest przecież powszechnie lubiany i szanowany przez Polaków i zagranicą, zaczynając od Rosji i Niemiec.
Ponadto wpasowuje się w aktualny układ UE, a partia rządząca jest otwarta na neo-konserwatystów posiadając swoje skrzydło umiarkowanych centrystów o bliskich związkach z katolicyzmem. Oprócz tego jest na topie, co też ważne, szczególnie z punktu widzenia możliwości koniunkturalnych, ponieważ można dodatkowo na rządzącej partii zarobić.
„Z moimi talentami mógłbym zrobić w niej nawet karierę, jako dobrze opłacany PR-owiec”.
Oprócz tego dopuściłem się jeszcze wielu innych łajdactw wobec Żony, i zakończyłem mniej więcej tak:
„A ponieważ to partia budowana przez ludzi z byłego obozu Solidarności, o prawicowym, mniej zaś lewicowym popędzie politycznym, więc pasuję tam, jak ulał... i dlatego właśnie wstępuję do PO”.
Oczywiście i tak mi nie uwierzyła, bo zna moje specyficzne poczucie humoru, a ja również nie potraktowałem serio jej groźby.
Ale mówiąc serio, ja mam naprawdę szczęście. Uwielbiam politykę, moja Żona siłą rzeczy też się nią musi interesować. Zgadzamy się też ze sobą w kluczowych i rudymentarnych sprawach.
Ciekawe, ile to małżeństw rozstało się przez politykę? A ile kłótni domowych przy rodzinnym stole miało już miejsce przez tę bestię odmiennych poglądów politycznych, która dzięki Bogu omija nas szerokim łukiem?
Powiedzmy, że gdy oboje z Żoną pomyślimy PO, to przychodzą nam na myśl podobne skojarzenia. Pierwsze z brzegu, to: agresywność, bezwzględność, permanentne prowadzenie wojny, afery, lenistwo, koniunkturalność, populizm, kombinatorstwo, Grzesiek, Donek, Miro, Zbychu, Rycho, Bartoszewski, Wajda, Palikot, Niesiołowski, „GW”…
Przedwczoraj w TVP Info, w komentarzach do wypowiedzi w Zakopanem Jarosława Kaczyńskiego, red. Seweryn Blumsztajn określił „folklorem” kategorię osób popierających tego kandydata na urząd Prezydenta RP. Osób nienowoczesnych, starszych, niewykształconych, mieszkańców wsi, rodzin tradycyjnych, wielodzietnych.
Posługując się zatem nomenklaturą blumsztajnowską wpisujemy się z Żoną, ze swoim wykształceniem wyższym (oba przypadki, w tym jeden tytuł naukowy), młodością (oba przypadki), jako taką zamożnością (oba przypadki), pracą w stolicy (oba przypadki), z pochodzeniem warszawskim od pokoleń (oba przypadki), brakiem potomstwa (oba przypadki) w obszar tego „folkloru”.
Pan redaktor naczelny Blumsztajn ma jednak trafne oko.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)