Uznałem w końcu, że czas zdjąć embargo na polską reprezentację. „Gry” polskiej drużyny nie oglądałem po sławetnym meczu ze Słowacją, dobrze, gdyż po tym meczu były jeszcze, jak pewnie wszyscy pamiętają, tzw. mecze o wszystko (czyli w polskim sporcie i żargonie większość wystąpień polskich drużyn, niezależnie od rodzaju gry), gra o wszystko z Irlandią, gra o wszystko ze Słowacją, itp.
W moim przypadku ten długi okres czasu embarga to sporo, zważywszy, że jestem zapalonym kibicem FUTBOLU.
Niemniej uznałem, że chcę zobaczyć, co tam nam buduje Franciszek Smuda?
Dlatego spiąłem się w sobie i obejrzałem mecz Polski z Finlandią. Już samo zestawienie ze sobą tych krajów budziło moje obawy, w sensie piłkarskim. Czy zły duch Leo B. nie powróci ze swoją klątwą?
Mój dobry kolega Fin nie będzie miał mi tego za złe, jeśli powiem, że spodziewałem się zwycięstwa Polski, chociaż jesteśmy w ogólnej statystyce, za Finlandią.
Od samego początku meczu było tak:
Niedokładne podania, chaos, odskakująca od nóg grających piłka (a może piłki, gdyż grający sprawiali wrażenie, że nie nadążają za jej tempem), w pierwszych dziesięciu minutach zaliczyliśmy prawie samobója, kilka kompromitujących kiksów, ładne akcje bez wykończenia, no i to, co zazwyczaj, zziajanie, zadyszenie, powolność. Na szczęście Finowie byli jeszcze gorsi. Ale w przypadku Serbów i Hiszpanów nie liczyłbym na to…
Kolejnych dziesięć minut to kopanina w środku boiska, po jednej i drugiej stronie, z przewagą Finów, przynajmniej pod względem rzutów rożnych. Lewandowski, następnie Błaszczykowski nie trafiają w piłkę.
Kolejne 10 minut to popis wypadania piłki z rąk bramkarza Tytonia, po łatwym, wydawałoby się, zagraniu Fina, dodatkowo brak strzałów w światło bramki. Po pierwszej składnej akcji Błaszczykowski, Mierzejewski, Lewandowski zabrakło szczęścia, czyli umiejętności.
Ostatnie 15 minut pierwszej połowy nie zapowiadały niczego ciekawego, Finowie niemal strzelili gola, na szczęście zabrakło im szczęścia, czyli jak to u nas, umiejętności, a po 44 minutach gry, nasz kapitan zasłabł i czynił w powietrzu jakieś gesty, wysyłane do trenera czerwonego ze wściekłości (nie wiem, czy na te gesty, czy na grę, czy po prostu nadciśnienie).
Podsumowanie gry po pierwszej połowie: brak kondycji, sił, precyzji, witalności, zrozumienia, wykończenia, chłopcy zziajani, ale Kuba Błaszczykowski pewny swego stwierdził w przerwie meczu (przyznam, że w ogóle nie rozumiem idei udzielania wywiadów w trakcie przerwy), że bramka będzie tylko „kwestią czasu”.
Druga połowa to znowu zasada: „brak ostatniego SZCZAŁU”.
A DO TEGO FATALNY BŁĄD Dudki, który dosłownie oddał piłkę tuż przed bramką Finowi. Tylko brak umiejętności i szczęścia Fina nas uratował (przepraszam Finów, że nie dysponuję ich nazwiskami, ale brak mi chęci ich sprawdzania, a pewnie i tak by mi czcionki zabrakło w edytorze…).
Omijam milczeniem poszczególne dziesiątki minut, które upłynęły na nerwowej szarpaninie i braku emocji…
W ostatnich 15 minutach Polacy tak bardzo chcieli strzelić gola, że prawie strzelili, ale samobója [niejaki Rybus(?)].
Jeleń biegał, biegał, strzelał, pluł śliną po boisku, potem kulał, kulał, przed zdjęciem i wyjazdem z Austrii zaliczył SZCZAŁ wprost w bramkarza i zakończył karierę w polskiej reprezentacji.
Na zakończenie, już w doliczonym czasie gry, Rybus tak chciał się zrehabilitować za quasi-samobója, że aby utrzymać piłkę w boisku, przewrócił się o nią, a rumuński sędzia miłosiernie zakończył siódmy mecz Franciszka Smudy i jego pierwszy remis.
Niemniej mecz zapisał się do historii futbolu! Był to mecz debiutów, aż cztery! Cokolwiek to znaczy i czy ma jakiekolwiek znaczenie.
Grymasy na twarzy Franciszka Smudy mówiły same za siebie, za to komentatorzy w studiu byli zadowoleni.
Nie wiem, czy drużyna zasłużyła na poświęcanie jejmojego bardzo cennego czasu, ale nakładanie ponownie embarga może być jednak zbyt drastyczne, więc jeszcze przemyślę swoje kibicowanie na kolejnym meczu.
Podsumowując: Najciekawszy w tym meczu był krawat Smudy, który od czasów trenerowania zawodników Widzewa, zamienił tymczasem dres na elegancki garniak.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)