Tomasz M. Korczyński Tomasz M. Korczyński
59
BLOG

Czego „Nieustające wakacje” Jarmusha uczą socjologa?

Tomasz M. Korczyński Tomasz M. Korczyński Kultura Obserwuj notkę 0

 

Po obejrzeniu debiutanckiego filmu Jima Jarmusha z 1980 r. „Nieustające wakacje” przyszła mi na myśl taka refleksja.
 
Ten obraz pogłębiony nostalgiczną muzyką sączącą się z saksofonu zawiera w sobie smutne przesłanie, które dla socjologa może być pouczające, a które często w swej pracy przeocza. To takie wołanie, apel, o konieczności dostrzeżenia Człowieka.
 
Przesłanie to widoczne jest szczególnie w konfrontacji z podróżą głównego bohatera Parkera ulicami Nowego Yorku. Samotnego, sprawiającego wrażenie jedynego w mieście, co dodatkowo niezwykle mocno koresponduje i kontrastuje z kilkudziesięciosekundowym wstępem.
 
W intro obejmującym przeludnione ulice wielkiej metropolii, pędzą ludzie, tłoczą się, mijają, ale twórca wyłączył brzmienie i hałasy miasta, oprócz jednego dźwięku, uwzględnił wyłącznie stąpanie i stukot butów o chodnik. To wzmacniało przekaz, wszystko sprawia wówczas wrażenie przemijalności, obcości, smutku.
 
Kolejne ujęcie w intro i mamy przed oczami opustoszałe miejsca bytności ludzi, jakby zawieszone, oczekujące ich, wypatrujące, tęskniące za Człowiekiem przedmioty, a nie ludzie.
 
Widzimy więc salę bilardową z postawionymi pod ścianą kijami do gry, bar z krzesełkami, ciasną celę z pryczą i muszlą klozetową, ciepły salon z pełnym wyposażeniem do komfortowego życia, w końcu stół zastawiony kilkunastoma talerzami i sztućcami w wykwintnej jadalni. A więc tutaj, o ludzkiej egzystencji może zaświadczyć wyłącznie obecność wytworów, przedmiotów i miejsc codziennego użytku, kultura materialna.
 
Cały wysiłek twórcy skupia się niejako na tym, aby wydobyć dramat i los ludzkiej egzystencji, może lepiej Człowieka, nie utożsamiającego się ze społeczeństwem, nie zgadzającego się wcale na bycie jego wytworem lub nawet częścią kultury.
 
W swojej samotności, w swojej chorobie, w ciągłym dryfowaniu. Albo po prostu prowadzącego los wagabundy, zwykłego wykolejonego odszczepieńca.
 
Może jeszcze smutniejsze jest ostatnie ujęcie, sam koniec filmu, kiedy miasto zostaje porzucone przez wrażliwego bohatera opowieści, pozostawione za sobą (choć miasto szybko sobie radzi i puste miejsce zostaje zapełnione innym wykolejeńcem-uciekinierem z Paryża). Razem z nim żegnamy się z Nowym Jorkiem (z tą panoramą, która była dla niego niegdyś tak charakterystyczna przed 11 września 2001 r.).
 
To już nie wróci, choć tamten Nowy York trwa w pamięci podróżującego, pozostanie dopóki on żyje, dlatego nie możemy mówić o jednostce, a musimy mówić o Człowieku. Prawdziwym Człowieku.
 
To uczciwsze, bo pełniejsze i prawdziwsze. I o tym musi zawsze pamiętać socjolog.

Centroprawicowiec

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Kultura