Tomasz M. Korczyński Tomasz M. Korczyński
326
BLOG

Kto dziś pamięta o Pimie Fortuynie? Amsterdam-Lublin

Tomasz M. Korczyński Tomasz M. Korczyński Polityka Obserwuj notkę 1

 

Refleksje po wyborach w Holandii i pewnym wiecu w Lublinie.
 
Felieton dedykowany jest wszystkim nam, którzy z niesmakiem przyglądamy się idiotyzmom pseudo-ekscentrycznych populistów, próbujących pozostawać na topie.
 
Mody przypływają i odpływają, jak ta wielka woda w Polsce, zbierająca się i płynąca do Bałtyku, żeby zacytować klasyka. Cóż, w końcu sprawa całkiem zwyczajna, tak jak do powodzi, ludzie się przyzwyczajają, tak i do polityków, którzy przychodzą i odchodzą, a oni odprowadzają ich wzrokiem, oczekując kolejnych…
 
Opowiem o prawdziwie ekscentrycznym populiście, a nie o taniej podróbce, która straszy nas wszystkich zamachem na swoje życie, przerażona atakiem puszki po piwie.
 
Dawno, dawno temu, w Królestwie Niderlandów żył sobie pewien socjolog, publicysta, wykładowca, polityk, gej, milioner, islamofob, eksmarksista, ekscentryk, dandys, z domu i wychowania rzymski katolik, skandalista i łysielec, a wszystko to w jednej osobie zwanej Pimem Fortuynem; naprawdę nazywał się: Wilhelmus Simon Petrus Fortuijn.
 
Jego sława w całym Królestwie była niezrównana. Lud wsłuchiwał się w jego słowa pełne agresji, nienawiści, prowokacji, przekleństw, szyderstw i WIELBIŁ. Mawiano: jak on silnie prawi, jak zachwyca, sprawia, że polityka znowu jest sexy.
 
Paradoksalnie, podobnie jak całe Królestwo Google’a, Pim był znienawidzony przez dosłownie wszystkich: liberałów, socjalistów, lewaków, chadeków, prawicowców, neonazistów, klerykałów, antyklerykałów, masonów, oczywiście imigrantów, szczególnie tych o islamskich korzeniach, gdyż potrafił swoimi wypowiedziami i zachowaniem rozgrzać do czerwoności nawet nudnego jak flaki z olejem Ada Melkerta.
 
A paradoks tkwił w tym, że choć znienawidzony przez liczne środowiska, to jednak był jeszcze silniej, kochany i uwielbiany, przez zwykłych, szarych Holendrów (szczególnie tych w przedziale wiekowym 18-30 lat).
 
Na 10 dni przed wyborami parlamentarnymi wszystkie sondaże dawały mu urząd premiera.
 
Mówił ostro i wypowiadał się niepoprawnie politycznie, czym dystansował konkurentów do rządzenia. Jego słynne hasła: „Ik zeg wat ik denk en ik doe wat ik zeg!” oraz „At your service”, były powtarzane jak mantra przez uwielbiających go Holendrów.
 
Kiedyś zapytany, czy ma coś przeciw Marokańczykom, pretendujący do rządzenia płaskim jak filc krajem swoją partią Listą Pima Fortuyna (LPF) – nazwa godna narcyza i autoestety, odrzekł tolerancyjnie: „Och, nic, przeciwnie, z niektórymi z nich lubię chodzić do łóżka” – miód na zbolałe serca zrozpaczonych luksusem i konsumpcją dnia codziennego Niderlandczyków.
 
Rozpalał miłość milionów, ale rozbudził też wielką nienawiść w sercu pewnego zielonego banity.
 
W poniedziałek, 6 maja 2002 r. kilkadziesiąt minut przed swoją śmiercią, Pim Fortuyn powiedział na antenie Radia 3, że będzie żyć około 86 lat, ponieważ jest to w jego rodzinie uznany wiek na odchodzenie z tego świata.
 
Chwilę później już nie żył. Do 54-letniego polityka, jego morderca oddał 6 strzałów z bliskiej odległości (5 kul dosięgło celu), gdy Fortuyn wsiadał do swojej limuzyny w Mediapark w Hilversum.
 
Tym mordercą był 32-letni Volkert van der Graaf z Amsterdamu.
 
Gdy został zatrzymany, wysocy urzędnicy holenderscy odetchnęli z ulgą. Okazało się, że zamachowcem był biały Holender, a nie muzułmański imigrant. Van der Graaf nie był w ogóle związany ze środowiskami islamskimi, ani tymi umiarkowanymi, ani tymi radykalnymi, był lewakiem, ekoaktywistą, weganem, outsiderem, i, jak się okazało, mordercą.
 
Jaki z tej historii morał?
 
Populiści znikają, czasem zbyt brutalnie, innym razem, po prostu. Nawet „męczeńska” śmierć Fortuyna nie zachowała go potomnym jako boga (oczywiście jest znany tu i ówdzie do dziś). Minęło osiem lat od jego tragicznej i poruszającej śmierci. Ponieważ już wtedy interesowałem się polityką na serio, jego zabójstwo bardzo mną wstrząsnęło, ale w Polsce, czy nawet na Zachodzie, gdzie wówczas mieszkałem, nie bardzo (nie licząc krajów Beneluksu). Ot, jeden z niusów, o którym trochę więcej podyskutowano.
 
Przyznam, że dla mnie, to morderstwo było szokiem, gdyż takie rzeczy, w Holandii, w demokracji, na Zachodzie są niewyobrażalne i wydawać by się mogło, nie powinny się nigdy zdarzyć (jak się okazało, nie był to ostatni zamach światopoglądowy w Niderlandach).
 
Tak samo byłbym zdruzgotany, gdyby w naszym kraju doszło do zamachu politycznego, na którymś z populistów.
 
Widzimy przecież, że populiści odchodzą w sposób demokratyczny, czy sami tego chcą, czy nie. Naród musi prędzej, czy później otrząsnąć się z ich wstrętnej demagogii, niewybrednych żartów, słów nienawiści, i po prostu nie oddaje na nich głosu. Pim Fortyuyn tak samo by przeminął, demokratycznie. Zamachowiec ujrzał w nim holenderskiego Hitlera, całkiem niesłusznie.
 
Mija osiem lat od śmierci fascynującego populisty, barwnego, nietuzinkowego, inteligentnego, wykształconego, kontrowersyjnego, oryginalnego, zaryzykowałbym twierdzenie, jedynego w swoim rodzaju, jakiego nie było i już nie będzie. Ale dziś, ani jego słowa, ani jego wypowiedzi, ani jego książki nie mają realnego wpływu na życie codzienne mieszkańców Niderlandów. Wprawdzie inny prawicowy populista przejął część retorycznej schedy po Fortuynie (Geert Wilders), dostał się ponownie do parlamentu, a nawet, zapewne, będzie tworzyć rząd z liberałami, to z samej osoby Pima, zostało pustosłowie i niszowa partia Lijst Pim Fortuyn. Jego obraz pękł jak bańka, faza na niego się skończyła.
 
Gdyby jednak owego feralnego majowego dnia, nie doszło do zamachu, a on nawet został premierem, w końcu społeczeństwo holenderskie odkryłoby pustkę jego wielkich, szumnych słów, brak kompetencji w rządzeniu krajem, nieudolność, agresywność, może i atrakcyjną podczas walki o władzę, ale bezsensowną w czasie rządzenia i wkrótce przeszedłby samoistnie w niebyt polityczny.
 
Ponadto, nawet jeśli sondaże dawały mu dobry wynik, możliwe, że nie byłoby to tożsame z faktycznym oddaniem głosów na niego podczas wyborów. Haider, Rosenkranz, Le Pen, Lepper, też mieli wywrócić lokalną scenę polityczną, a w końcu wyborcy zawahali się w ostatnim momencie i wybrali konwencjonalnie i racjonalnie.
 
Ale jeszcze bardziej (smutne?) jest to, że nawet śmierć nie pozostawiła Pima Fortuna potomnym. Po około pięciu latach przestano się nim interesować (co i tak, jak na populistę, jest dobrym wynikiem).
 
Jestem absolutnie przekonany, że śmierć małego Rycerza o wielkim sercu, tego prawdziwego Rycerza, Lecha Kaczyńskiego (nie mylić z jego tanią podróbką lansującą się w Chęcinach) przetrwa w Polsce wieki.
 
Każdy będzie wiedzieć kim był Lech Kaczyński (nie tylko za sprawą ulic, placów, parków, skwerów z jego imieniem), a jego działania polityczne, decyzje, doczekają się poważnych analiz historycznych w książkach, będą umieszczane w podręcznikach do historii, encyklopediach i będą przekazywane potomnym.
 
I to chyba najbardziej dosadna kara dla polskich szczekaczy, którzy wkrótce przeminą.
 
Nie powinni raczej liczyć na pięć lat pamięci społecznej…

Centroprawicowiec

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Polityka