Tomasz M. Korczyński Tomasz M. Korczyński
109
BLOG

Obcy mi „Obcy”

Tomasz M. Korczyński Tomasz M. Korczyński Rozmaitości Obserwuj notkę 1
 
W powieści Alberta Camusa „Obcy” na samym początku historii (część pierwsza, rozdział pierwszy) przeżywamy nagłe zderzenie ze śmiercią matki głównego bohatera, Meursaulta, i obserwujemy tym samym szczególną relację syn-matka, ale jakże odartą z uczucia, pozbawioną emocji i wzruszeń, wręcz beznamiętną i suchą. Jakoś tak antyludzką.
 
Chłodne, lakoniczne stwierdzenie rozpoczynające opowieść natychmiast ustawia nam w odpowiedniej optyce bohatera książki; oświetla go niemal z każdej strony odzierając z ludzkich wzruszeń, jakże, wydawałoby się naturalnych, a jednak obcych i odległych opisywanej postaci; już na wstępie można się było po nim spodziewać wszystkiego, a jak się okazało w trakcie rozwoju wypadków, słusznie.
 
Tym początkowym, obojętnym udzieleniem czytelnikowi informacji na temat śmierci matki, Camus pragnie byśmy zbliżyli się maksymalnie blisko do bohatera opowieści, dotknęli jego lodowatego serca, zadziwili się, otworzyli ze zdumienia oczy. Autor dobrze wie, że wystarczy to za tysiące charakterystyk. W pierwszych zdaniach czytający może niemal ujrzeć obojętne, pozbawione empatii wzruszenie ramion Meursaulta, kiedy otrzymuje on zawiadomienie o śmierci matki.
 
To cisza po wygaśnięciu ogniska miłości. To epoka późnej nowoczesności
 
Jeśli syn nie kocha matki, ba, jeśli jej już „nawet” nie nienawidzi, gdy nie tęskni za nią, albo, paradoksalnie, nie cieszy się z jej śmierci, lecz jest wyłącznie OBOJĘTNYM widzem tego spektaklu, to zbliżamy się do momentu w historii ludzkości, o których Jezus powiedział: „a ponieważ wzmoże się nieprawość, oziębnie miłość wielu” (Mt 24,12).
 
Camus nie musiałby pisać tej książki, wyjaśniać nam całej skomplikowanej sytuacji osobistej bohatera, nie musiałby snuć historii, aby zarejestrowaną opowieścią powiedzieć nam: oto człowiek późnej nowoczesności, oto człowiek współczesny, oto cechy nowego człowieka.
 
Nie musiałby, wystarczyłoby zamknąć tę historię w dwóch początkowych zdaniach. A brzmią one tak:
 
„Dzisiaj umarła mama. Albo wczoraj, nie wiem”.
 
A jeśli, kogoś by to nie przekonało, to już kolejne opisy odsłaniają bezmiar zgnilizny serca Meursaulta. Dowiadujemy się, że matka umarła w przytułku, nie odwiedzana przez syneczka, bo mu się nie opłacała podróż, po pierwsze dlatego, że tracił niedzielę, po drugie musiałby podejmować wysiłek fizyczny i finansowy przy zakupie biletu, po trzecie traciłby dwie godziny podczas trwania całej podróży. Ponadto bohater nie życzył sobie, nie wiedział zresztą dlaczego, oglądać zwłok matki, więc trumna była zamknięta, ale za to urządził sobie przy niej pogaduszki z dozorcą, napił się kawy, zapalił papierosa, zdrzemnął, a przymuszony konwencjami „poczuwał” przy zmarłej, nieco zirytowany obecnością starych przyjaciół matki z przytułku, w tym jej „narzeczonego”.
 
Po wykonaniu tego szczególnego obowiązku, wyszedł na dwór, w piękny dzień z widokiem na morze przy powiewie chłodnego wiatru, co go dobrze nastroiło, więc sobie pomyślał: „od dawna nie wyjeżdżałem na wieś i czułem, jaką przyjemność sprawiłby mi spacer, gdybym nie musiał odbyć go z powodu mamy”.
Potem dowiadujemy się, że syn nie znał dokładnie wieku swej matki, a podczas pogrzebu marzył o tym, aby się jak najszybciej położyć spać, i dobrze wykorzystać cztery dni urlopu.
 
To oczywiście ekstremum. Kogo dziwi i oburza, jest chyba zdrowy…
 
Inne ekstrema relacji dziecko-matka spotkać możemy w powieściach: Elfriede Jelinek „Pianistka”, czy Simone de Beauvoir „Łagodna śmierć”.
 
Ale na ich prezentację nie mam już dziś siły… są krótko mówiąc zdehumanizowanym sposobem wyrażania brutalnej prawdy o bezładnym, pozbawionym Miłości świecie. Szkoda zatem na niego słów, bo zbyt często w nim uczestniczymy na co dzień, wśród ludzi.
 
Ja miałem to szczęście, że wzrastałem w zdrowej i szczęśliwej relacji matka-syn/syn-matka.
 
Więcej nawet, miałem to szczęście, które nie było udziałem Karola Wojtyły, czy Stefana Żeromskiego, artystów, którzy swoje matki stracili bardzo wcześnie. Ale co z tego?
 
Człowiek nigdy nie jest gotowy na śmierć Mamy. Zaskakuje go jak złodziej, nawet jeśli wszyscy wokół ją przepowiadają.
 
Wszystkim tym, którzy mają to szczęście, że mogą jeszcze spędzić czas ze swoją mamą, mogę tylko poradzić: Wykorzystajcie ten czas najlepiej, jak tylko potraficie. Ta okazja może się pewnego dnia więcej nie powtórzyć!
 
I pozostanie tylko ból i wyrzuty sumienia po zmarnowanych okazjach. Brak czasu jako wytłumaczenie, okaże się nagle absurdalną wymówką, której sumienie nie uniesie.

Centroprawicowiec

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Rozmaitości