Wiele gorzkich słów poświęcono wuwuzelom, których zła sława oznajmiana jest wszem i wobec. Przez graczy, sędziów, związkowców, dziennikarzy, kibiców, widzów…
Dlatego pragnę się za nimi gorąco wstawić.
Argumentów dostarczają mi do tego kolejno oglądane mecze na MŚ.
Świeży zaś jest wczorajszy pojedynek pomiędzy Chile a Brazylią.
Na wstępie chciałbym zapewnić, że nie mam nic przeciwko hymnom narodowym poszczególnych krajów, których przedstawiciele, występują na tym wspaniałym turnieju, a szczególnie nic przeciw hymnowi chilijskiemu, który jest bardzo ładny w oryginale, skoczny i rytmiczny, z elementami patosu i nostalgii (http://www.youtube.com/watch?v=tsxQ8n8JLgk).
Niemniej cisza, jaka panuje na stadionie podczas odsłuchiwania hymnów narodowych i wyciszenie w tym czasie wuwuzeli sprawia, że do naszych uszu dociera „śpiew” piłkarzy.
I właśnie ten moment spektaklu jest najgorszy. Panowie, którzy uprawiają profesjonalnie piłkę niestety nie posiadają odpowiedniej dyspozycji wokalnej i w większości przypadków profanują swoją narodową świętość.
Wuwuzele milczą, a świat słucha ich fałszowania, gburowatego, szorstkiego, okrutnie raniącego uszy.
Na szczęście później oczy są już usatysfakcjonowane, zazwyczaj, dobrym widowiskiem, ale niesmak trochę pozostaje.
Gdyby tak wuwuzele ryczały dalej, nikt nie usłyszałby intonacji stadionowych artystów występujących przez tych kilkadziesiąt sekund w roli rozregulowanych bas-barytonów .
Ale jak sobie dalej myślę o przydatności wuwuzeli i wspominam, co niektóre występy wokalne naszych polityków, wówczas wuwuzeli niestety także zabrakło.


Komentarze
Pokaż komentarze