Po raz pierwszy powracam z Powązek tak bardzo przygnębiony.
Z punktu widzenia strat, życia, wartości, jaką jest człowiek, był to zły rok, dla mnie, dla mojej rodziny, dla mojego narodu, mojego państwa.
A on jeszcze trwa… ten zły rok.
Najpierw odwiedziny grobu rodzinnego, modlitwa przy grobie pradziadka, ciotek, wujka AK-owca, dziadków, a przede wszystkim Mamy, zmarłej przecież tak młodo, w tym złym roku. To wciąż takie bolesne. Szczególnie, gdy przychodzą święta.
Później odwiedziny rodziny Żony, cmentarz wojskowy, dziadkowie, wujek AK-owiec (batalion Parasol).
W końcu odwiedziny poległych w Katastrofie Smoleńskiej. Kolejny ból, zanurzenie w bolesnej świadomości straty. Powązki smutne, zadumane, ciche, jak melancholia chopinowskiego koncertu E-moll.
W Warszawie jakoś spokojniej, lżej, ciszej.
Mieszkańcy mojego miasta wyjechali do swoich rodzinnych domów, więc stolica się przerzedziła, przypomniała mi tym samym lata 80.-te i 90.-te, lata przeżyte szczęśliwie na Mokotowie, sporo miejsca do parkowania, puste ulice, puste jezdnie, puste podwórka.
Wieczorna Msza św. u Boboli (dziś piękna rocznica - poświęcenia kościoła) zakończyła - oficjalnie dzień w Warszawie i rozpoczęła nowy tydzień w moim życiu.
A teraz kreślę kilka słów podsumowania tego dnia, smutnego dnia, przy dźwiękach NO-MAN (płytka: Schoolyard Ghosts).
All sweet things…


Komentarze
Pokaż komentarze (1)