Lubię ten czas przedwyborczy.
Lubię, ponieważ na Salonie robi się wówczas zielono.
Można ze swoim wpisem znaleźć się np. obok sławnej osoby, dostąpić zaszczytu skomentowania wypowiedzi znanego nazwiska, przeżyć wirtualną interakcję, dokonać analizy zawartości treści noty, przytaknąć, zanegować, roześmiać się, cokolwiek, ponieważ w tym szczególnym okresie polityk jest bliżej potencjalnego wyborcy, nie pozostaje za matową szybą, oddzielony, odizolowany od naszych codziennych problemów, jak przez cały okres sprawowania swojego urzędu.
Dawno zapomniani na blogach i mało aktywni politycy wynurzają się nagle z głębin niebytu-dla-rządzonych, przybywają do nas, szaro-kolorowych, zwykłych-niezwykłych blogerów, aby uświadamiać, aby nam opowiadać swoje historie. Te prawdziwe i nieprawdziwe.
Niektórzy agitują wprost, inni są bardziej delikatni, albo też wyrachowani, więc pod przykrywką uczestnictwa w świecie blogowisk i blogerów, zachęcają w ten czy inny sposób do swej osoby. Przytulają się i łaszą, komplementują, słuchają, opowiadają, odpowiadają.
Czy przynosi to efekt, trudno stwierdzić, ale podoba mi się to.
Jest to wspaniała sprawa, tu na Salonie. Oczywiście między innymi ta, właśnie ta.
Tak czy owak, na pewno jest zieleniej, ciekawiej, poważniej.
Później ta atmosfera przekwita, zanika, a może lepiej, granatowieje (też dobrze, bo to mój ulubiony kolor), i cóż, politycy znowu gdzieś się zapadają, aby przybyć wraz z pierwszym dzwonkiem przedwyborczych ruchów i działań.
Za rok, za cztery lata znowu się pojawią, by nas uwodzić swoją wrażliwością, zwyczajnością, niezwykłością, pomysłowością.
A my będziemy sobie o nich pisać dalej.
W sumie są nam przecież potrzebni.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)