23 listopada, w tak zwanej kolumnie „Po bandzie”, pani Małgorzata Gołota w tekściku „Na robaki najlepsza marycha” opisała przypadek francuskiego farmera (dlaczego farmer, a nie rolnik?), który swoją „trzodę” (nie wiem dlaczego autorka użyła tego pojęcia, powinno być stado, bo głównym bohaterem tekstu były kurczaki, a nie wieprze), karmił marihuaną, co argumentował zapobieżeniu występowania robaków u ptaków (ze swojej trzody). Wpadł, policja wlepiła mu grzywnę 500 euro, przy okazji znaleziono plantację marychy, nie uwierzyli, ale jak kwituje autorka „Kopernika też na początku wyśmiali…”.
Pięknie, interesująco, było nie było (bardziej nie było), po bandzie, idziemy dalej, zapominamy o tym bzdecie.
Ale trudno było o nim zapomnieć, bowiem…
Następnego dnia, czyli dziś, czytam tekst, w tej samej gazecie, w tej samej rubryce „Po bandzie”, autorstwa, tym razem innego autora, pana Kazimierza Sikorskiego, pt. „Kurczaki zdrowe, bo na haju”.
Tym razem francuski farmer (dlaczego farmer?) spryskiwał kurczaki marihuaną, żeby nie miały robaków. „Gliniarze” (dlaczego gliniarze?) nie uwierzyli. Dziś pada nazwisko pechowego, francuskiego „farmera”, Michel Rouyer. Przypadek jest przedstawiony szerzej, bardziej kryminalnie, ale konkluzja ta sama: Francuz nikogo nie przekonał.
Nie stawiam pytania, po co u licha wrzucać takie bzdety w publiczny nurt codziennych newsów?
Pytanie jest inne, czy opracowujący ten materiał w ogóle wiedzą, czym się zajmują dziennikarze ich gazety, z ich działu? Wiedzą w ogóle, co jest publikowane w ich gazecie?
Chyba jej jednak nie czytają, a skoro sami jej nie czytają, to chyba czytelnicy też nie powinni tego robić.
Rzetelność w drobnym szczególe, to rzetelność zawsze i wszędzie.
Na pewno w przypadku gazety dążącej do bycia jednym z głównych tytułów kształtujących opinię publiczną.
Groteska.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)