Brutalna śmierć gubernatora Pendżabu, Salmana Taseera 4 stycznia 2011 roku w Islamabadzie, zamordowanego przez własnego ochroniarza Malika Mumtaz Qadriego, to poważny sygnał, nie tylko dla chrześcijan mieszkających w Pakistanie, ale również dla całego Zachodu.
W kraju, w którym sądy skazują na karę śmierci niewinnych ludzi na podstawie zarzutu o bluźnierstwo wobec osoby Mahometa, islamscy fundamentaliści dyktują obecnie rządowi swoje warunki gry.
Jeżeli Zachód nie zareaguje i będzie tolerować zanurzający się w coraz większe sekciarstwo islamskie kraj o nuklearnym potencjale, jeśli prześpi sygnały o zbliżającym się niebezpieczeństwie, w Pakistanie zwyciężą fanatyczne siły, które i tak przeniknęły głęboko do świadomości opinii publicznej w tym, liczącym niemal 170 milionów obywateli, państwie.
Arcybiskup Lahore, ks. Fareed Khan powiedział ostatnio, że "każdy, kto jest przeciwny ustawie o bluźnierstwie, ryzykuje swoje życie".
To prawda. Ta presja jest silna, "odczuwalna" w powietrzu. Groza i ciśnienie nienawiści są coraz bardziej powszechne.
Wczoraj odbył się pogrzeb kolejnej ofiary fanatycznego islamu.
Co on tak naprawdę oznacza? Kilka rzeczy. Po pierwsze zamach na życie polityka jest sygnałem dla wszystkich, że chrześcijanie są do odstrzału. Ale nie tylko, również sygnałem dla osób, które chcą im pomagać, chcą się za nimi wstawiać: "nie wolno wam, uważajcie". To również sygnał dla ideologów "multikulti", forsujących wciąż sztuczne idee w Europie. Zamach i krew Taseera przemawiają wyraźnie: "my tego nie chcemy, gardzimy wami, gardzimy waszym światem, wybieramy przemoc i naszą kulturę śmierci".
Salman Taseer był przyjacielem mniejszości chrześcijańskiej w Pakistanie, który odważnie występował przeciw ustawie o bluźnierstwie (m.in. zgodnie z art. 295b za obrazę Mahometa grozi kara śmierci), odwiedzał i wspierał skazaną na śmierć Asii Bibi (pierwszą kobietę, przy okazji katoliczkę) skazaną na karę śmierci.
Kto następny?
Oprócz prezydenta, premiera, i pani Shabahz Bhatti, no i oczywiście chrześcijan żyjących w tym kraju, także my, ludzie Zachodu możemy czuć się wyróżnieni przez fanatyków: jesteśmy na celowniku.
Im szybciej zdamy sobie z tego sprawę, tym lepiej dla nas. Świat jest dziś maleńki. Wszystko to, co dokonuje się gdzieś w odległej, południowej Azji, jest bardzo blisko nas.
Protest islamskich partii w Pakistanie na masową skalę, rozpoczął się w momencie, gdy prezydent Asif Ali Zardari zapowiedział ułaskawienie Asii Bibi. Te polityczne decyzje wywołały histerię i falę strajków w całym kraju.
31 grudnia 2010 r. protestujący muzułmanie próbowali dostać się do rezydencji prezydenta Zardariego w Karaczi. Protestujący obrażali Asii Bibi oraz panią Rheman Sherry, polityka z Pakistańskiej Partii Ludowej, która zaproponowała zmiany w ustawie o bluźnierstwie.
Kiedy te tłumy islamistów wyjdą na ulice Europy?
One tak naprawdę już są, ale wciąż rozproszone.
Ostatni alarm w Niemczech, Królestwie Niderlandów, Szwajcarii, Francji, Wielkiej Brytanii jest tego dowodem.
Oto koptowie w Europie otrzymali wyraźne ostrzeżenie: "Was tutaj też chcemy zabijać, gdziekolwiek jesteście, naszą wolą jest, aby was nie było". Ale przecież nie tylko o egipskich czy pakistańskich chrześcijan tu chodzi.
Dziś mamy do czynienia z nową międzynarodówką, islamskie internationale doszło do władzy ponad granicami państw, ponad rządzącymi. Są w sercach i umysłach wielu zwykłych ludzi, akceptowani silniej lub słabiej przez opinie publiczną wielu państw islamu, a nawet organizacji (OIC).
A przecież serce i umysł, to najlepszy parlament, najlepsze zarządzadzanie i sprawowanie władzy. Zamach w Bagdadzie z 31 października 2010 roku jest powiązany z zamachem w Nag Hammadi (Egipt) w styczniu 2010 roku, zamach w Aleksandrii z 1 stycznia 2011, z zamachem w Bagdadzie, ta wyliczanka dopiero się na dobre rozpoczęła. Zamachów będzie coraz więcej, jeśli postawa Europy i USA bedzie wciąż taka sama i się nie zmieni. Politycy mogą więcej niż wystosowywanie rezolucji i oświadczeń potepiających zamachy.
Papież Benedykt XVI w ostatnim Orędziu na Dzień Pokoju powiedział wyraźnie, jeśli nie ma wolności religijnej, nie ma też i pokoju.
Muzułmańscy terroryści przenoszą swoją mentalność do Europy, swoją wojnę, swoją nienawiść, swoje rozumienie wolności, religii, "humanizmu", tutaj, na nasze podwórko. A my sobie na to bezradnie patrzymy, jeśli w ogóle patrzymy.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)