Można nie lubić Realu Madryt za wiele rzeczy, za Cristiano Ronaldo, który ma buźkę rozkapryszonego paniczyka, kiedy co chwilę upada na murawę albo kręci z niezadowoleniem głową po kolejnym nieudanym zagraniu.
Można nie lubić Królewskich za rozdmuchany snobizm ekipy, jakże utytułowanej!
Można nie lubić za zadufanego w sobie, bezkrytycznego Jose Mourinho, który nie liczy się nawet z największymi autorytetami piłki nożnej (nie myślę tu o Bońku, Lacie, Szpakowskim, Borku…).
Można nie lubić Galaktikos za strategię gry pod batutą Mou, defensywną, wyczekującą na błędy rywali i bezwzględnie je wykorzystującą, strategię, która wprowadza na pole karne Realu, autokary...
Można, pewnie, ale i tak na końcu stoi zawsze Wielki Mourinho… i to do niego należy ostatnie słowo.
Czy rzeczywiście?
Po dzisiejszej porażce 2:0 z Barceloną wszystko wskazuje na to, że to koniec zabawy Mourinho o najwyższe trofeum w Champions League. I szybko się o tym przekonamy, już za sześć dni, podczas rewanżu na Camp Nou.
A potem, mam taką nadzieję, na Wembley.
Ponieważ, za dzisiejsze draństwo arbitra, za krzywdę jaką wyrządzono Realowi, mam wielką nadzieję, że to Barca wypadnie za burtę, i zostanie wyeliminowana, za karę.
Ale po dzisiejszym wyniku, to zadanie dla prawdziwego giganta.
No tak, zatem Mourinho może coś wszystkim i sobie (przede wszystkim sobie) udowodnić, kolejny raz…
a ja trzymam kciuki za The Special One!


Komentarze
Pokaż komentarze (3)