3 obserwujących
103 notki
253k odsłony
  2101   0

„Z Bogiem, Panowie”

W dniu dzisiejszym odbędzie się pogrzeb mjr. Zygmunta Szendzielarza. Po wielu latach "Łupaszka" wreszcie spocznie na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Pogrzeb będzie miał charakter państwowy. Udział weźmie m. in. prezydent Andrzej Duda. Pułkownik (w dniu śmierci posiadał stopień majora) Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” był jedną z kilkuset ofiar komunistycznej bezpieki.

Chciałbym przypomnieć krótki fragment wspomnień Stanisława Krupy ps. Nita, który w książce „X Pawilon. Wspomnienia AK-owca ze śledztwa na Rakowieckiej” opowiada o swoim śledztwie i pobycie w areszcie. Autor przytacza tam również zwierzenia "Łupaszki", które  powtarza z pamięci. 

Była to tradycją uświęcona reguła. Współtowarzysze z celi pomagali jak mogli temu, kto akurat przechodził ostrą fazę śledztwa. Mnie w drugiej fazie śledztwa, a szczególnie w końcówce, kiedy znajdowałem się u kresu sił, pomocą służył mjr Zygmunt Szendzielarz.

Nie wiedziałem wtedy, że to przesławny „Łupaszka”, dla jednych brawurowy partyzant, dla innych – krwawy bandyta. Dla mnie był on przede wszystkim towarzyszem niedoli, który samorzutnie, bez obawy, że narazi się strażnikom, pomagał temu, który znajdował się akurat w trudnej sytuacji. 

Był to niewątpliwie nietuzinkowy człowiek. Ot, chociażby jego podejście do życia. Wiedział z całą pewnością, że nie ma siły, która by go wyciągnęła z więzienia. Zdawał sobie doskonale sprawę, że dostanie karę śmierci i że ta kara zostanie wykonana. Co istotniejsze, uważał to za zupełnie naturalne, zgodne z prawem walki. 

– Gdybym ja dostał w swoje ręce ministra Radkiewicza, czy któregoś z jego siepaczy, też bym go rozstrzelał. A że oni złapali mnie – więc dlaczego mieliby się patyczkować? Niemniej, jestem człowiekiem jak każdy. I chciałbym żeby został po mnie ślad mojej walki. Ślad obiektywny, nie ten w wydaniu władz bezpieczeństwa, a więc wizerunek zdegenerowanego bandyty. Ja uważam, że walczyłem o słuszną sprawę, bo o naprawdę wolną Polskę. I nie żal mi, że za tę sprawę ginę.

[...]

Czy nie gryzło cię sumienie, że w tej strasznej walce giną, wprawdzie innej orientacji, ale przecież Polacy? - zapytałem go kiedyś.
- Owszem nieraz w samotne wieczory myślałem o tym. Nie byłem przecież krwiożerczym potworem. Szczególnie żal mi było szeregowych żołnierzy [...] zdawałem sobie sprawę, że żołnierze ci strzelają, bo taki mają rozkaz, że są niewinni. Tylko [...] czy ja miałem inne wyjście, skoro nie uznawałem tej nowej władzy, skoro inaczej wyobrażałem sobie wolną Polskę?"

[...]

 

- Po nałożeniu kajdanek wyprowadzono mnie do opancerzonego wozu i przewieziono prosto do Krakowa. Nie wiem, w jakim więzieniu mnie ulokowano. Sądzę, że w piwnicach Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa. Zachowano jednak maksimum ostrożności. W celi siedziałem skuty, ze mną znajdował się strażnik bez broni, ale chłop jak tur. Za drzwiami – strażnik z pistoletem maszynowym. Rano znowu w opancerzony wóz i na lotnisko. Samolot już czekał. W Warszawie zaś czekała cała sfora stróżów. Znowu w samochód i na Koszykową. Cały czas w kajdankach. Zaprowadzono mnie do gabinetu płk. Różańskiego. Już czekał. Właściwie nie prowadził formalnego przesłuchania. Ot, taka sobie, nawet grzeczna pogawędka. Tyle że co chwilę ktoś wchodził. Oglądano mnie jak dzikie zwierzę w klatce. 
Po dwóch, może trzech godzinach do pokoju wszedł jakiś cywil. Różański wstał zza biurka. Cywil skinął ręką, żeby usiadł i zwracając się do mnie powiedział: 
– No i co, panie majorze, ja nie wiszę na sośnie, a mimo to spotkaliśmy się.
Wtedy zorientowałem się, że to sam minister Radkiewicz. Otóż, pod koniec 1946 roku, nie przypominam sobie już, jaką drogą i za czyim pośrednictwem, otrzymałem osobisty list ministra Radkiewicza. Nakłaniał mnie do rozwiązania oraz ujawnienia oddziału, oferując w zamian paszport i swobodny wyjazd do Anglii. Celem omówienia szczegółów proponował osobiste spotkanie. W zapewnienie pana ministra nie uwierzyłem. Na list jednak odpisałem, tyle że bardzo zwięźle i niezbyt kurtuazyjnie. Napisałem mianowicie: „Panie ministrze, możemy się spotkać pod jednym warunkiem – kiedy pan będzie wisiał na sośnie, ja pod nią przyjdę”. Przypomniawszy sobie tę korespondencję uśmiechnąłem się i odparłem: 
– No cóż, panie ministrze, normalna kolej rzeczy, raz jest się na wozie, raz pod wozem. W tym wypadku pan wygrał. Z satysfakcją jednak stwierdzam, że ciągle się mnie boicie. 
– Nie rozumiem – żachnął się Radkiewicz. 
– Jestem w waszych rękach, w samym centrum bezpieki, a mimo to bez przerwy trzymacie mnie skutego w kajdanki. 
– Panie pułkowniku – zwrócił się Radkiewicz do Różańskiego – proszę kazać natychmiast zdjąć panu majorowi kajdanki.

 

Śledztwa mjr „Łupaszka” – jak sam to przyznawał – zbyt ciężkiego nie miał. Po półtorarocznym pobycie w X Pawilonie stanął przed sądem i został skazany na karę śmierci. Wielokrotną. Wyrok wykonano. Nie siedziałem już z nim w tym czasie w jednej celi. Opowiadano mi jednak, że kiedy kilku strażników weszło wieczorem do celi i wywołali go na wykonanie wyroku, poszedł sprężystym krokiem starego kawalerzysty, z hardo podniesioną głową.

Ostatnie słowa jakie powiedział do współwięźniów brzmiały: „Z Bogiem, Panowie”.

 

Fragmenty zaczerpnięte ze strony: http://dziennik.artystyczny-margines.pl/lupaszka/


FB: http://facebook.com/tomala1988/

TT: http://twitter.com/Tomala_W

Zobacz galerię zdjęć:

Lubię to! Skomentuj77 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura