Historia ta dzieje sie w piatek 23 listopada A.D.2007, w Zurychu, okolo godziny 22. Dwudziestojednoletni Lusi W. wlasnie zakonczyl 21 tygodniowe szkolenie wojskowe. Jego czterogodzinna podroz do domu z Wallis, ma sie na ukonczeniu. Siedzi w tramwaju linii nr 13. Jest wyraznie podpity, byc moze pod wplywem narkotykow. Przy sobie ma wojskowy plecak, karabin szturmowy kaliber 5,6mm i cos jeszcze, cos w swojej glowie i w kieszeni swoich spodni moro.
Zadaje pytanie jednej ze wspolpasazerek: "Czy nie potrzebujesz broni?", po czym wysiada na przystanku Zürich-Höngg. Przechodzi przez pusta ulice i wolnym krokiem udaje sie na oddalone o 80m, niewielkie, zielone wzgorze.
Tymczasem na ten sam przystanek przychodzi para mlodych ludzi. Szesnastoletnia Franceska i jej przyjaciel, rowiesnik rezerwisty Luisa. Siadaja na lawce. Jest zimno. Przytulaja sie do siebie. W glowie maja pelno planow na dzisiejszy wieczor. Party? Kino? Bedzie fajnie. Koniec koncow jest piatek, czas odpoczac.
Luis jest juz na pagorku. Przykleka na jedno kolano. Rozklada kolbe karabinu. Wyciaga z kieszeni naboj. Jeden, jedyny jaki ukradl przy okazji cwiczen strzeleckich, ktory zachowal sobie na pamiatke pobytu w armii. Umieszcza go w magazynku, magazynek laduje na powrot w karabinie. Jeszcze sekunda. Suche trzask przeladowania broni, cichutkie cykniecie w czasie jej odbezpieczania i rodzi sie nowy pan zycia i smierci. Jednego zycia i jednej smierci, drzemiacej chwilowo gdzies w prochu strzelniczym naboju, w kolysce zimnej, mosieznej luski.
Franceska czuje sie szczesliwa w ramionach ukochanego. Czuje sie bezpieczna. I te jego czule pocalunki.
Luis bierze Franceske na cel.
Pocalunki. Sczescie. Zimna noc i swiatla Zurychu.
Piers Franceski, muszka, szczerbinka i zrenica oka Luisa ukladaja sie jedna linie prosta. Linie wiodaca na druga strone cienia.
Pocalunek.
W duszy Luisa pada rozkaz. Zabij! Z mozgu plynie impuls nerwowy, ktory zmusza palec do nacisnicia spustu. Klasniecie.
Kula dosiega piesi Franceski. Przechodzi z latwoscia przez jej ubranie, skore, przebija mostek az wreszcie rozrywa na strzepy jej mlode, bijace miloscia serce. Cialo wydaje spazmatyczne drgnienie, w niemym protesci rozpaczy konczacego sie zycia. Franceska osuwa sie na ziemie i po killku chwilach opuszcza padol lez. Umiera w ramionach swego przyjaciela.
Luis powoli sklada bron i niespiesznie oddala sie w mrok nocy i swej duszy.
Dalej jest juz banalnie. Szybkie i sprawne sledztwo, ktorego przelomowym momentem jest wynik badania balistycznego wystrzelonego pocisku. Juz wiadomo kto strzelal. Zatrzymanie Luisa. I tylko motywu wciaz brak.
Dzisiaj konczy sie historia Franceski, choc wlasciwie skonczyla sie tydzien temu. W piatek 30 listopada A.D. 2007 jej rodzina i najblizsi, zloza jej doczesne szczatki na cmentarzu Altsteten w Zurychu.
Dalsze losy Lusia mozna z latwoscia przewidziec. Najprawdopodobniej spedzi kilkanascie nastepnych lat w wiezieniu.
Historia ta zyje teraz cala Szwajcaria. Od jakiegos czasu toczy sie tutaj dyskusja o sensownosci kontunuowania polityki przetrzymywania broni nalezacej do armii, w domach obywateli. Rocznie ginie od niej okolo 300 cywilnych osob. Tradycja ta wyrasta z historii Szawajcarii a zdania na ten temat sa mocno podzielone. Obie strony sporu maja swoje argumenty i swoje racje.
Moim skromnym zdaniem glowny problem tkwi w tym, komu dajemy bron do reki. Luis jest chilijska sierota, adoptowanym dzieckiem. Nie ukonczyl edukacji, byl znany z agresywnego podejscia do ludzi i wyobcowania.
Tylko Franceski zal.
Wieczny odpoczynek racz jej dac Panie a swiatlosc wiekuista niechaj jej swieci na wieki. Amen.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)