Całkiem niedawno, na s24, popisowiec podjął się analizy pasma porażek polskich reform, po roku 1989. Główną przyczynę tychże, opatrywał on w strachu polityków przed podjęciem ryzykownych i bolesnych działań, które w efekcie niosłyby duże ryzyko porażki w następnych wyborach. Ośmielę się nie zgodzić z tak postawioną teza.
Patrząc wstecz, możemy zauważyć jedną prawidłowość, mianowicie taką, że każde kolejne wybory przynoszą mniej lub bardziej dramatyczną zmianę u steru władzy, bez względu na to jakie działania podejmował rząd. Działalność minionych rządów można podzielić na dwie kategorie. Pierwszą stanowią podejmowane na hurra, chaotyczne, nieprzygotowane i nie do końca przemyślane reformy, atakowane zawsze przez media oraz opozycję. Druga to beztroskie lenistwo legislacyjne oraz koncentrowanie się na bieżącym administrowaniem kraju, połączonym z radosnym kręceniem lodów na wszystkich możliwych szczeblach administracji, którego skala zależy od chwilowej koniunktury gospodarczej, panującej opcji politycznej i szczelności medialnego parasola ochronnego. Efekt jest zawsze ten sam. Wyborcza porażka w następnych wyborach. Politycy zdają sobie doskonale sprawę z kapryśności wyborców, więc ci co bardziej pragmatyczni (np. Donald Tusk) wybierają raczej leniuchowanie niż szarpanie się z reformami. O wiele bardziej wolą żreć się z opozycją, prezydentem oraz w łonie własnej partii, pomiędzy sobą.
Dlaczego więc nie udaje się w Polsce żadna porządna reforma? Grzechem pierworodnym polskiej demokracji, który zamienia ją w mało śmieszną farsę jest nie tyle spisek Okrągłego Stołu, co mafijny i korupcjogenny system ordynacji proporcjonalno - większościowej. Tabory półgłówków zaciąganych w lawy sejmowe przez lokomotywy wyborcze, wynaturzają cały system i sprawiają że każda kolejna ekipa cierpi na słabość kadr. Miałcy ludzie, prostactwo, pijacy, erotomani, pazerni gołodupcy, i inni wybrańcy narodu z przypadku, koncentrują się jedynie na dzieleniu administracyjnych łupów, rozdzielając stołki pomiędzy znajomych i członków rodzin, od ministerialnego fotela zaczynając a na taborecie sprzątaczki kończąc. Administracja kwitnie w stylu iście bizantyjskim, tak więc jej odzyskiwanie, wyżynanie watah poprzedników, wycinanie w pień obcych tudzież podpadniętych oraz obsadzanie swoimi, trwa nierzadko pełną kadencję parlamentu. Karawana zmian personalnych, wymiana nieudolnych i tępych urzędasów z jednej opcji na równie durnych ale „naszych” sprawia, że aparat administracyjny nie stanowi odpowiedniego zaplecza dla rządu. Aby jakiekolwiek reformy mogły zostać wprowadzone z sukcesem w życie, potrzeba jest dobrych pomysłów, przekutych potem na konkretne plany, wspartych odpowiednim finansowym zapleczem i konsekwentnie realizowanymi do samego końca. Przegniły korupcją i nieudolny aparat administracyjny państwa nie jest zdolny naprawy jego struktur ani tez skory do auto reformy.
Jedynym remedium wydaje się być zmiana ordynacji na stricte większościową i wprowadzenie mitycznych już JOW. Szansę na zostanie parlamentarzystą miałyby wtedy tylko osoby znane w swoim lokalnym środowisko, które dały się poznać z jak najlepszej strony, a przy tym zrobiły coś sensownego pro publico bono. Miałyby tez zaplecze i bazę kadr, które dawałyby gwarancję skuteczności realizowanych projektów.
Niestety nie ma się co łudzić. Zmiana ordynacji i wprowadzenie JOW uderzyłoby w pierwszej kolejności w partyjnych frontmanów, „posłów zawodowych”, lokomotywy wyborcze, które w jednej chwili mogłyby stracić lukratywne posady i władzę. Możemy być pewni już oni do tego nie dopuszczą.
Po ich trupie, albo naszym...



Komentarze
Pokaż komentarze (11)