Usłyszałem, jakiś czas temu, dwie prawdziwe historyjki z życia dwóch zwykłych Polaków.
Pierwszy z nich, dajmy na to Heniek, był onegdaj na wymianie studenckiej (czy coś w tym stylu), w dawnym NRDfenie. Zły los rzucił go na plac budowy, gdzie rychło miał się przekonać, że praca u papy Honeckera to nie tylko przesiadywanie w bufecie i sączenie zimnego pilznera, ale także tak podłe zajęcia, jak targanie cegieł z miejsca na miejsce, mieszanie zaprawy, a co najgorsze, wykonywanie durnowatych poleceń jakiegoś Bauleitera. Po pierwszym dniu pracy, jego delikatne łapki maminsynka pokryły się odciskami. Po drugim, purchle znikły a na ich miejscu pojawiły się piekące rany. Po trzecim dniu Heniek przekonał się, że ma więcej różnorakich mięśni, niż wcześniej przypuszczał, a to z racji bolesnych zakwasów. Widmo śmierci z przepracowania zajrzało Heniowi w jego słowiańskie, przekrwione o wapiennego pyłu ślepia, a nasz bohater zaczął wreszcie logicznie myśleć. Następnego dnia, wczesnym rankiem, wyszukał sobie deskę, przyciął ją do poręcznych rozmiarów, i zaczął z nią przemierzać bezkresny teren socjalistycznej budowy, w poszukiwaniu enklaw spokoju, gdzie akurat nie było całkiem nic do roboty. Na zadawane czasem pytania, o sens noszenia deski, odpowiadał Henio niezmiennie, że ten czy ów koniecznie jej potrzebuje. Zmieniał tylko imiona. Raz niósł dechę Jürgenowi, innym razem Hansowi czy tez Wernerowi. Tym sposobem przetrwał czas robot na obcej ziemi, a do macierzy powrócił wypoczęty, z dłoniami wypielęgnowanymi jak u asystentki premiera Pawlaka, całkiem inaczej, aniżeli jego dziadek.
Drugi Polak, dajmy mu na imię Konrad, znalazł kiedyś zatrudnienie w pewnej korporacji darmozjadów, tzn. znanej, zagranicznej firmie konsultingowej. Nazwy tutaj nie podam, bo nie mam najmniejszej ochoty na to, aby jakieś bydło w garniturach ciągało mnie potem po sądach. Wyposażony w laptop Konrad, będąc człowiekiem inteligentnym a przy tym dobrze wykształconym, szybko pojął na czym tak naprawdę polega egzystencja w firmie (bo pracą nijak tego się nazwać nie dało). Jego receptą na sukces było poruszanie się po biurze z nieodłączną stertą papierów, lub podręcznym segregatorem. Pokaźna ilość makulatury w jego rękach (lub pod pachą) była nieodłącznym elementem jego osobistego wizerunku, ba, jego znakiem szczególnym. Te biurokratyczne stygmaty, nosił nasz Konrad udając się na spotkania, konferencje, a także do kantyny czy klozetu. Taka postawa wyrobiła mu w krótkim czasie opinię pracownika ekstremalnie zarobionego, oraz chroniła go przed dodatkowymi zleceniami. Mógł spokojnie skupić się na generowaniu kilku tabelek w Excelu i podliczaniu paru słupków liczb tygodniowo, oraz radosnym surfowaniu po sieci. W ciągu kilku lat pracy tamże, nasz bohater załapał się kilkakrotnie na tytuł pracownika miesiąca. Odszedł z firmy z powodu totalnego znudzenia, wynosząc ze sobą świadectwo pracy z doskonałymi referencjami.
Dlaczego właściwie napisałem o Heniu i Konradzie? Otóż sposób postępowania opisanych panów, jako żywo przypomina mi styl sprawowania władzy naszego kochanego, kaszubskiego słoneczka. Tuła się toto, wraz z Radziem Sikorskim, bez celu po świecie, rejsowymi samolotami, niczym Henio z deską, a w przerwach pomiędzy podróżami, biega z makulaturą (donos Pitery na CBA, bajka o naprawie służby zdrowia, plany stadionów i autostrad), jak Konrad – konsultant.
Możemy być pewni, że usłużne media, co miesiąc będą honorowały Donaldyzmę, tytułem premiera miesiąca, tylko czy referencji wystarczy, aby wreszcie móc złożyć zadek na wymarzonym, prezydenckim taborecie, i bez zbędnych stresów zająć się tym, co tygrysy lubią najbardziej, beztroskim lenistwem.



Komentarze
Pokaż komentarze (14)