Z powodów osobistych i rodzinnych, zaprzestałem na jakiś czas śledzenia aktywności rodzimego bagienka politycznego. Polskojęzyczne gazety (i czasopisma) docierają do mnie z rzadka, kilka miesięcy temu wyrzuciłem z domu telewizor, tak więc jednym okienkiem na świat pozostał Internet a wieści dostarcza radio internetowe. Aby móc wyrobić sobie zdanie na to czy owo, sięgam do różnych źródeł i staram się wydobyć informacje spod obrzydliwego kozucha partyjnej propagandy z lewa lub prawa. Na taką działalność potrzeba czasu a tego ostatnio straszliwie mi brakowało. Zerkając sporadycznie na internetowe portale, doznawałem za każdym razem poczucia nudy. Ot i co, wciąż te same leczenie kompleksów prezydenckich, objawiające się dziecinadą w sposobie uprawiania polityki przez dwie najważniejsze osoby w państwie, hiobowe wieści o panoszącej się drożyźnie, drożejących kredytach, leżącej na mordzie giełdzie, weekendowych trupach na drodze, krążącym widmie odebrania Euro2012, czyli tego wszystkiego, co radośnie miesza się w polskiej pralce Frani. Na powierzchnie tej informacyjnej brei, wypłynęła niedawno sprawa publikacji IPNu, dotyczącej byłego prezydenta, Lecha Wałęsy.
Nie zamierzam tutaj przyłączyć się ani do tych, którzy na podstawie najnowszej publikacji masakrują szczątki doczesne mitu Wielkiego Elektryka, co się ubekom nie kłaniał, ani także nie chcę stawać po stronie apologetów Wzmacniacza lewej nogi i przedmurza anty lustracji. Bez znajomości wszystkich dokumentów, łącznie z tymi, co to ich podobno nie było wcale, oraz tymi, które niby były ale jakoby je wymiotło, choć dowodów na to nie było i nie ma, nie jesteśmy w stanie dokonać uczciwej egzegezy historii życia Lecha Wałęsy. Komplet dokumentów, kwitów, i cala kolekcja bumagi wszelakiej, niewątpliwie znajduje się rękach Rosjan, a cala burza wokół postaci Lecha, musi wzbudzać niezłą radość wśród archiwistów – kagiebistów (czy jak im tam).
To, czy ktoś był Bolkiem, czy nie był, czy donosił, czy nie donosił, ile wziął za to pieniędzy, nie jest w tej chwili najważniejsze. Dlaczego? Ponieważ odwraca uwagę od sprawy o wiele istotniejszej, od genezy powstania fasady demokracji w Polsce, która to z idea samorządności ludzkiej nie ma wiele wspólnego, a do której bardziej pasują takie określenia jak dupokracja, rzeczpospolita kolesiów, czy nawet osławiony ubekistan.
Jaka wiec rola przypadła w udziale Lechowi Wałęsie? Przynajmniej od polowy lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, zaczęły się przygotowania do zmiany dekoracji ustrojowej PRLu 1.3 i przygotowania do upgrade’u do wersji PRL 2.0. Założenia były proste: bezkarność członków aparatu partyjnego i funkcjonariuszy służb przymusu oraz ich uwłaszczenie na masie upadłościowej, zwanej gospodarka, pełna kontrola mediów, utrwalenie nowego porządku i zabezpieczenie się przed kontrrewolucją, „atestacja“ stanowisk państwowych wg klucza partyjnego. Pełną parą ruszyły przegotowania do tego historycznego manewru, który wieńczył teatrzyk kukiełkowy pod tytułem obrady okrągłego stołu. Do rozmów dopuszczono „rozsądną i umiarkowaną“, a przy tym stricte koncesjonowana „opozycje“ (np. Śnięty Jacek od termosu). Kto miał się dogadać, dogadał się. Kto miał wychylić kielonka z generałem Kiszczakiem, wychylił. Kto miał mówić, mówił, a kto nie, temu ubecja zamykała usta, nierzadko na zawsze. A Lechu? Lechowi przypadła w udziale rola uwielbianego przez masy trybuna ludowego, człowieka legendę, który z odpustowym długopisem w dłoni, sam obalił komunizm (i jeszcze coś niecoś po drodze). Był kiedyś prawdziwy przywódca duchowy, ksiądz Jerzy Popiełuszko, ale ten (jak wieść gminna niesie), zakończył życie po porwaniu i kilkudniowym katowaniu w bunkrach kolo Kazunia. Nasz Wielki Elektryk, zapewne po wielkich namowach, wielkodusznie zgodził się zostać Ojcem Narodu, i poprowadzić go ku świetlanej wolności. Dostał za to relatywnie niewielką gratyfikację w postaci Nagrody Nobla, występu w Sali Kongresowej USA, jednej kadencji na stołku prezydenta RP, oraz dożywotniego etatu Pierwszego Globalisty Świata z prawem do głoszenia płatnych odczytów. Lechu stal się typowym frontmanem, usypiaczem sumień, plastrem kojącym rany transformacji, chłopcem z fujarką, który wodził na manowce robotnicze szczury. Pamiętam jego wizytę w moim rodzinnym, prowincjonalnym mieście. Na pytania wzburzonych ludzi, narzekających na trudne warunki życia, psioczących na uwłaszczająca się i bogacącą w niesłychanym tempie nomenklaturę, odpowiadał niezmiennie: “pierwsze śliwki robaczywki”. Zapewniał, że wszystko jest pod kontrolą (zapewne było), że to wszystko wymaga czasu i poświeceń, ale że on wszystkiego dopilnuje (albo Wachowski) i nie pozwoli aby ludziom działa się krzywda. Gdy odegrał już swoją rolę, gdy stal się już zahartowała a la(e)wa okrzepła, te same ręce, które posadziły go na tronie, zmiotły go w polityczny niebyt. Nie był już potrzebny, a w kolejce po stery stała już nowa gwiazda, Aleksander Kwaśniewski.
Co byłoby najlepsze w tej chwili dla samego Lecha Wałęsy? Stanąć w prawdzie przed ludźmi i przed samym sobą. Obawiam się jednak że na to, nie starczy mu nigdy odwagi. Łatwiej jest przecież zasłaniać się, niczym listkiem figowym, wyblakłą kartką z jakimś wyrokiem sadowym, i niczym stary, wyleniały lew usiłować ryczeć i straszyć wrogów procesami sadowymi.



Komentarze
Pokaż komentarze (11)