Prezydent Kaczyński spotkał się z Dalajlamą XIV, też mi wiadomość, równie dobrze mógł odwiedzić lamę w warszawskim ZOO i nakarmić marchewką - przynajmniej sympatyczne zwierzę by sobie coś smacznego zjadło. Tymczasem w świat idzie wiadomość, a z prawa i lewa słychać zadowolone mlaskanie. Dlaczego? doprawdy nie wiadomo. A co właściwie wiadomo? Otóż Tybet jest w chwili obecnej prowinją Chin, z którymi Polska utrzymuje oficjalne stosunki dyplomatyczne, do których to, ostatnimi czasy, w kolejną podróż życia pojechało Słońce Peru, i gdzie nasi nieudaczni sportowcy, z kilkoma chlubnymi wyjątkami, wczasowali się przez kilka tygodni. Tymczasem prezydent Polski, oficjalnie spotyka się z człowiekiem, który chciałby oderwać Tybet od macierzy. To tak, jakby prezydent Chin spotkał się z Ericą Steinbach, aby rozmawiać z nią o przyszlości Śląska i odszkodowaniach dla Niemiec, za rozpętanie wojny i wysiedlenia Niemców tuż po jej zakończeniu.
Tak na marginesie całego tego spotkania, zastanawia mnie fakt, dla którego Dalajlama XIV jest nazywany autorytetem moralnym. Bo nie lubi Chińczyków?
Dlajlama XVI szególnie fetowany jest przez wszelakiej maści lewactwo, co jest faktem jeszcze bardziej zastanawiającym. Onegdaj Tybet był państwem wyznaniowym, rządzonym przez tybetański kler. I tak oto klerykał stał się idolem antyklerykałów.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)