Tekst pochodzi z serwisu: transhumanista.pl
Technologia staje się wtedy czymś, co dzieje się obok nas - przedmiotem, wobec którego można zająć stanowisko entuzjastyczne albo sceptyczne, nie ryzykując niczego własnego. Tymczasem transhumanizm nie jest stanowiskiem wobec maszyn. Jest stanowiskiem wobec człowieka.
Teza tego tekstu jest następująca: transhumanizm nie zaczyna się od pytania, co jeszcze da się zbudować, lecz od pytania, czy obecna postać człowieka jest stanem docelowym, czy tylko etapem. Wszystko inne - neurotechnologia, inżynieria genetyczna, przedłużanie życia, integracja z systemami sztucznej inteligencji - jest konsekwencją odpowiedzi na to pytanie, a nie jej źródłem. Dlatego spór o transhumanizm nigdy nie jest sporem technicznym, choćby był tak przedstawiany przez obie strony.
W dalszej części podajemy najpierw możliwie ścisłą definicję i rozkładamy ją na części składowe. Następnie rekonstruujemy założenia, na których transhumanizm się wspiera, oraz historię samego pojęcia - od pojedynczego czasownika u Dantego po deklaracje programowe końca XX wieku. Kolejny krok stanowi rozróżnienie transhumanizmu i posthumanizmu, mylonych ze sobą regularnie, mimo że wyrastają z przeciwnych intuicji. Dalej analizujemy relację transhumanizmu do religii oraz najpoważniejsze zarzuty stawiane mu przez filozofię polityczną i bioetykę. Na koniec sytuujemy całość w polskim kontekście i wskazujemy, dlaczego pytanie o transhumanizm jest w istocie pytaniem o tożsamość.
Czym jest transhumanizm - definicja
Transhumanizm to stanowisko filozoficzne, zgodnie z którym obecna biologiczna postać człowieka nie stanowi ostatecznego etapu jego rozwoju, a świadome przekształcanie ludzkiej kondycji środkami technicznymi jest zarówno dopuszczalne, jak i pożądane.
Definicja ta jest krótka, lecz każdy jej człon niesie osobne zobowiązanie i dopiero rozłożona na trzy części pokazuje, gdzie naprawdę przebiega linia sporu.
Obecna postać nie jest ostateczna. To twierdzenie o charakterze opisowym: człowiek jest wynikiem procesu, który nie zmierzał do niego jako do celu. Ewolucja nie projektowała gatunku zdolnego do rozumienia mechaniki kwantowej ani do podejmowania decyzji o skutkach rozciągniętych na stulecia. Ukształtowała organizm skuteczny w środowisku, którego już nie ma. Ograniczenia, które w nas pozostały - zawodna pamięć, wąskie pole uwagi, starzenie się tkanek, gwałtowny spadek trafności sądu w warunkach niepewności - nie są wyrazem żadnego zamysłu. Są osadem po problemach, których dawno nie rozwiązujemy.
Przekształcanie jest dopuszczalne. To twierdzenie normatywne i to ono jest właściwym przedmiotem sporu. Zakłada, że natura ludzka nie ma statusu nienaruszalnego - że nie jest ani świętością, ani granicą, której przekroczenie samo w sobie stanowi wykroczenie. Przeciwnicy transhumanizmu odrzucają najczęściej właśnie ten człon, nie poprzedni.
Przekształcanie jest pożądane. To twierdzenie najmocniejsze, bo przenosi ciężar dowodu. Jeżeli cierpienie, degradacja poznawcza i śmierć są usuwalne, to ich utrzymywanie wymaga uzasadnienia. Bierność przestaje być stanem neutralnym. Staje się decyzją - i to decyzją podejmowaną za innych, w tym za tych, którzy jeszcze się nie urodzili.
Cztery założenia, na których wspiera się transhumanizm
Za powyższą definicją stoją założenia rzadko wypowiadane wprost, a jednak rozstrzygające dla całej konstrukcji.
Natura ludzka jest zastana, nie ustanowiona. Jest faktem biologicznym o określonej genezie, nie normą wypisaną w porządku rzeczy. Można ją badać, opisywać i - w konsekwencji - zmieniać.
Ograniczenia poznawcze są problemem, nie warunkiem sensu. Tradycja filozoficzna często traktowała skończoność jako źródło znaczenia: to śmiertelność miała nadawać życiu wagę, a niewiedza - pozostawiać miejsce na pokorę. Transhumanizm odwraca ten porządek i traktuje granicę poznania jako źródło cierpienia epistemicznego, czyli bólu wynikającego stąd, że umiemy postawić pytania, na które nasz aparat poznawczy nie jest w stanie odpowiedzieć.
Środki są techniczne, nie duchowe. Przekroczenie kondycji ludzkiej ma nastąpić w tym świecie i ludzkimi narzędziami - przez interwencję w materię, kod i tkankę, nie przez łaskę, ascezę ani oświecenie.
Zmiana ma być kierowana. Ewolucja przestaje być procesem, któremu podlegamy, a staje się procesem, którym zarządzamy. Transhumanizm nie jest więc prognozą. Jest programem.
Ostatnie założenie jest najbardziej niedoceniane. Wynika z niego bowiem, że rozstrzygnięcie nie zapadnie w laboratorium, lecz tam, gdzie zapadają decyzje o tym, co wolno finansować, wdrażać i komu udostępniać.
Skąd się wziął transhumanizm - krótka historia pojęcia
Samo słowo jest starsze niż ruch, który się nim posługuje. Dante w pierwszej pieśni Raju użył czasownika trasumanar - „przekroczyć to, co ludzkie" - na określenie stanu, którego nie da się opisać mową. Znaczenie było ściśle religijne i z późniejszym programem nie ma wspólnego nic poza rdzeniem.
W obecnym sensie pojęcie wprowadził Julian Huxley w eseju Transhumanism ze zbioru New Bottles for New Wine (1957). Huxley pisał o człowieku, który pozostaje człowiekiem, lecz przekracza samego siebie, urzeczywistniając możliwości tkwiące w jego naturze. Warto odnotować, kto to pisał: biolog, pierwszy dyrektor generalny UNESCO, a zarazem zwolennik eugeniki. Ten rodowód nie unieważnia idei, ale też nie jest bez znaczenia - powraca w każdym poważnym zarzucie stawianym transhumanizmowi do dziś.
Kolejny etap przypada na drugą połowę XX wieku. FM-2030 (Fereidoun M. Esfandiary) w Are You a Transhuman? (1989) opisał „transczłowieka" jako postać przejściową: kogoś, kto nie jest już w pełni człowiekiem w dotychczasowym sensie, a nie jest jeszcze tym, co ma nadejść. Max More w eseju Transhumanism: Toward a Futurist Philosophy (1990) nadał stanowisku postać systematyczną i powiązał je z ekstropianizmem.
Instytucjonalny kształt ruch przybrał w 1998 roku, gdy Nick Bostrom i David Pearce powołali World Transhumanist Association, dziś działające jako Humanity+, oraz ogłoszono Deklarację Transhumanistyczną. Od tego momentu odpowiedź na pytanie, czym jest transhumanizm, przestała być kwestią pojedynczych esejów: powstało stanowisko z programem, terminologią i wewnętrznymi sporami. Historię tego procesu Bostrom zrekonstruował później w osobnym opracowaniu A History of Transhumanist Thought.
Ostatnie ćwierćwiecze przesunęło ciężar dyskusji z filozofii ku technice. The Singularity Is Near Raya Kurzweila (2005) spopularyzowało tezę o zbliżającej się osobliwości technologicznej - momencie, w którym tempo zmian przekroczy zdolność człowieka do ich rozumienia. Superintelligence Bostroma (2014) przesunęło uwagę na ryzyko: nie na to, czy przekroczymy własne granice, lecz na to, czy przeżyjemy własne narzędzia. A pierwsze wszczepienie interfejsu Neuralink człowiekowi w styczniu 2024 roku sprawiło, że pytanie o granicę między terapią a ulepszaniem przestało być hipotetyczne.
Transhumanizm a posthumanizm - różnica, która ma znaczenie
Oba terminy bywają używane zamiennie, co jest błędem, ponieważ wyrastają z przeciwnych intuicji i prowadzą do przeciwnych wniosków. Transhumanizm jest humanizmem wzmocnionym. Przyjmuje klasyczne wartości oświecenia - rozum, autonomię, postęp, jednostkę jako podmiot - i uznaje, że biologia stanowi dla nich przeszkodę. Chce te wartości urzeczywistnić pełniej, usuwając ograniczenia nośnika. Podmiot pozostaje w centrum; zmienia się jedynie to, z czego jest zrobiony.
Posthumanizm krytyczny robi coś odwrotnego. W pracach takich jak How We Became Posthuman N. Katherine Hayles (1999), Manifest cyborga Donny Haraway (1985) czy w filozofii Rosi Braidotti kwestionuje się samą kategorię człowieka jako miary - autonomiczny, suwerenny podmiot okazuje się konstrukcją historyczną, powiązaną z konkretnym układem władzy, płci i gatunku. Posthumanizm nie chce więc człowieka ulepszyć. Chce pokazać, że pojęcie, którym się posługujemy, nigdy nie opisywało tego, co miało opisywać.
Różnicę można sprowadzić do jednego zdania: transhumanizm chce przekroczyć ludzkie ograniczenia, posthumanizm - ludzką wyjątkowość. Pierwszy jest projektem inżynieryjnym o podłożu filozoficznym, drugi krytyką filozoficzną o konsekwencjach politycznych.
Postczłowiek jest natomiast pojęciem trzecim - nie stanowiskiem, lecz figurą wyniku: istoty, która przestała mieścić się w definicji gatunku. Obie tradycje posługują się nią, przypisując jej przeciwne znaczenia. Dla transhumanisty jest to cel. Dla posthumanisty - dowód, że kategoria była od początku nieszczelna.
Transhumanizm a religia
Podobieństwo struktury jest uderzające i nie da się go zbyć jako przypadku. Transhumanizm oferuje pokonanie śmierci, wyzwolenie z ograniczeń ciała, stan po przemianie jakościowo różny od obecnego oraz horyzont czasowy, ku któremu wszystko zmierza. To jest szkielet eschatologii. Przeniesienie świadomości do nośnika cyfrowego pełni funkcję zmartwychwstania, osobliwość - funkcję dnia ostatecznego, a długowieczność radykalna - funkcję życia wiecznego.
Różnica leży gdzie indziej i jest zasadnicza. Transhumanizm jest eschatologią bez łaski. Zbawienie nie przychodzi z zewnątrz, nie jest darem i nie wymaga zwrócenia się ku komukolwiek. Jest wynikiem pracy, kapitału i czasu. To odróżnia go od religii mocniej niż jakikolwiek spór o treść wiary, bo dotyka nie tego, co obiecano, lecz tego, kto obiecuje.
Krytyka chrześcijańska koncentruje się zwykle na trzech punktach: skończoność należy do kondycji stworzenia, a nie jest usterką do usunięcia; cierpienie ma sens, którego techniczne zniesienie nie oddaje; a projekt samozbawienia jest formą pychy - człowiek zajmuje w nim miejsce, które nie było jego. W nauczaniu Kościoła katolickiego problem pojawia się przede wszystkim tam, gdzie interwencja przestaje być leczeniem: instrukcja Dignitas personae (2008) dopuszcza terapię genetyczną komórek somatycznych, odrzucając zarazem modyfikacje zmierzające do ulepszania i przekazywane potomstwu.
Istnieje jednak wątek starszy i mniej oczywisty. Przekonanie, że ciało jest więzieniem, świat - miejscem uwięzienia, a wyzwolenie polega na wydostaniu się z materii dzięki wiedzy niedostępnej ogółowi, nie pochodzi z laboratorium. Pochodzi z gnozy. W tym sensie transhumanizm bywa gnostycyzmem, który zamienił objawienie na inżynierię, zachowując nienaruszoną pogardę dla tego, co zastane. Napisałem o tym osobno w Kulcie Ślepego Boga - przypowieści o tym, co się dzieje, gdy zdjęcie opaski okazuje się dopiero pierwszą z wielu komnat.
Krytyka transhumanizmu i realne zagrożenia
Najpoważniejsze zarzuty nie pochodzą od przeciwników technologii i nie dotyczą wykonalności; dotyczą skutków społecznych i pojęciowych, a więc obszaru, w którym rozstrzygnięcie techniczne niczego nie rozstrzyga. Argument z równej godności. Francis Fukuyama nazwał transhumanizm najgroźniejszą ideą świata (Foreign Policy, 2004), a jego rozumowanie jest zwięzłe: równość polityczna opiera się na przeświadczeniu o wspólnej naturze wszystkich ludzi. Jeżeli natura ta stanie się przedmiotem wyboru i zakupu, zniknie podstawa, na której opiera się twierdzenie o równej wartości osób. Nie chodzi o to, że ulepszeni będą lepsi. Chodzi o to, że pojęcie „równi" straci desygnat.
Argument z autorstwa własnego życia. Jürgen Habermas w Przyszłości natury ludzkiej (2001) wskazał na asymetrię między pokoleniami: człowiek, którego cechy zostały wybrane przez rodziców, nie może uważać się za jedynego autora swojej biografii. Powstaje relacja zależności nieodwracalnej i nienegocjowalnej, nieznana wcześniejszym formom wychowania, bo wychowanie da się odrzucić, a genotypu nie.
Argument z daru. Michael Sandel w The Case against Perfection (2007) bronił postawy przyjmowania tego, co dane - nie dlatego, że zastane jest dobre, lecz dlatego, że gotowość do przyjęcia niezaplanowanego stanowi warunek pokory, solidarności i odpowiedzialności za tych, którym się nie powiodło.
Do tego dochodzą zagrożenia, których nie usuwa żadne rozstrzygnięcie filozoficzne. Nierówność dostępu: ulepszanie kosztuje, a nierówność, która utrwali się w biologii, przestanie być nierównością sytuacji i stanie się nierównością rodzaju. Nieodwracalność: modyfikacje dziedziczne wprowadza się raz, a konsekwencje ponoszą ci, którzy nie brali udziału w decyzji. Utrata podmiotowości: system wspomagający poznanie kształtuje je, a granica między narzędziem myślenia a jego źródłem jest nieostra - piszę o tym w tekście Hybryda jako broń, gdzie ta sama technologia pojawia się nie jako oferta rynkowa, lecz jako instrument przewagi strategicznej.
Uczciwość wymaga jednak dopowiedzenia rzeczy, którą krytycy pomijają. Zaniechanie także jest wyborem i także ma koszt. Utrzymanie obecnej kondycji poznawczej w świecie, w którym złożoność problemów rośnie szybciej niż zdolność ich rozumienia, nie jest stanem bezpiecznym. Jest odroczeniem, za które płaci się cudzą przyszłością. Spór nie toczy się więc między ryzykiem a bezpieczeństwem, lecz między dwoma rodzajami ryzyka, z których jeden jest widoczny, a drugi rozłożony w czasie.
Transhumanizm w Polsce
Polska ma w tej sprawie zasługę wcześniejszą niż zachodni ruch transhumanistyczny. Stanisław Lem w Summie technologicznej (1964) opisał autoewolucję - świadome przejęcie przez gatunek kontroli nad własnym rozwojem - oraz hodowlę informacji, fantomatykę i wzmacnianie inteligencji, na wiele lat przed tym, zanim pojęcia te weszły do obiegu w obecnym kształcie. Zrobił to przy tym bez entuzjazmu właściwego późniejszym deklaracjom: u Lema przekroczenie granic gatunku jest problemem, nie obietnicą, a najciekawsze są nie możliwości, lecz ich koszty.
Współczesna debata polska pozostaje uboższa, niż wynikałoby z tego dziedzictwa. Toczy się w dwóch odseparowanych obiegach - bioetycznym, zdominowanym przez pytania o początek i koniec życia, oraz technologicznym, skupionym na wdrożeniach i konkurencyjności. Rzadko się spotykają, przez co pytanie o to, kim będzie człowiek po zmianach, których się domagamy, nie ma w polszczyźnie ustalonego miejsca. W efekcie ktoś, kto chce po polsku ustalić, czym jest transhumanizm, trafia albo na streszczenie cudzych deklaracji, albo na ostrzeżenie. Ten serwis jest próbą zbudowania trzeciej możliwości.
Dlaczego to nie jest pytanie o technologię
Wróćmy do początku. Wszystkie kwestie omówione powyżej - definicja, historia, spór z religią, zarzut nierówności - wyglądają na spór o środki, a więc na coś, co da się rozstrzygnąć postępem, regulacją albo kompromisem. Nie są nim. Jeżeli usuniemy zawodność pamięci, ograniczenie uwagi, degradację tkanek i śmierć, to nie usuniemy zbioru dolegliwości. Usuniemy warunki, w których ukształtowały się wszystkie pojęcia, jakimi opisujemy człowieka. Odwaga zakłada możliwość utraty. Wierność zakłada upływ czasu. Wybaczenie zakłada, że pamięć nie jest doskonała. Nie wiadomo, co znaczą te słowa po stronie, na którą transhumanizm chce przejść - i to jest właściwy problem, znacznie trudniejszy niż jakiekolwiek zagadnienie inżynieryjne.
Dlatego pytanie „czym jest transhumanizm" ma tylko pozornie postać definicyjną. W istocie brzmi ono: co z człowieka zostaje, gdy odejmie się to, co dotąd stanowiło o jego granicach - i czy pozostałość nadal warto nazywać człowiekiem. Ta strona jest miejscem, w którym to pytanie stawiam bez założenia, że odpowiedź jest znana z góry. Kolejnym krokiem są teksty poświęcone poszczególnym jego wymiarom: poznawczemu, strategicznemu oraz politycznemu.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)