Active lifestyle
To nie jest kolejny blog fitnessowego kaznodziei. Fajnie jest być sprawnym, zdrowym i czasem gnać ku wolności! Dlatego dzielę się tym, co otrzymałem od innych. Jeśli choć jedna osoba z tego skorzysta, to znaczy, że było warto.
2 obserwujących
14 notek
21k odsłon
489 odsłon

Long day in Arctic - Trekking przez Spitsbergen #4

Fantastyczna gra świateł nad ujściem doliny Bjorndalen – źródło: zasoby własne
Fantastyczna gra świateł nad ujściem doliny Bjorndalen – źródło: zasoby własne
Wykop Skomentuj5

Łącznie przeszliśmy ponad 100 km a do kempingu jeszcze daleka droga. Czuję się wyczerpany a na dodatek oślepiają mnie, odbijane od śniegu, promienie słoneczne. Twarz zakrywam buffem. Trwa wyścig z czasem.

Poniższa opowieść jest kontynuacją historii, dostępnej pod adresami: Trekking#1 Trekking#2 Trekking#3

W chacie Rusanowa po raz drugi spędziliśmy ponad dobę na wypoczywaniu, pałaszowaniu liofilizatów, suszeniu ubrań itd. Podobnie jak w czasie pierwszej wizyty, momentami udawało mi się łapać zasięg LTE, dzięki któremu mogłem kontaktować się z dziewczyną oraz udostępniać światu świeże zdjęcia. Kiedy moje buty były mokre, Mateusz na ochotnika zgłosił się do samotnego wyjścia po zapasy węgla i drewna na opał. Zdążyłem go tylko pożegnać klasycznym arktycznym pozdrowieniem „nie daj się zeżreć“ i zostałem jak Kevin – sam w domu, podczas gdy on wyszedł z całym arsenałem. Jeżeli miałaby się nadarzyć idealna okazja dla misia na dorwanie, to byłaby właśnie w tamtym momencie. Cały gaz pieprzowy, scyzoryki, pogrzebacze i czekany na nic by się zdały, gdyby przechodzący nieopodal niedźwiedź wyczuł, że w chacie jest nieuzbrojony kotlet. Ale znowu miałem farta, więc dla zabicia czasu otworzyłem książkę pt. „Wilk morski“.

W międzyczasie sporządziłem jeszcze notkę służbową z ostatnich godzin wędrówki i zanim się obejrzałem, nadeszła pora snu. Po raz pierwszy od początku naszego pobytu położyłem się do łóżka wcześniej od mojego komrata i z nieodłączną czarną opaską na oczy zapadłem w twardy sen. To była zdaje się jedyna noc podczas wyprawy, kiedy spałem w śpiworze bez skarpetek – oto co robi z człowiekiem odpoczynek i napalony piec! Rano znowu kawa i liofilizowany makaron z sosem pomidorowym wzgobacony konserwą z kurczakiem – „wyprodukowaną jak w ZSRR“. Nie było to może zbyt smaczne ale przynajmniej mogliśmy się poczuć chociaż trochę bardziej jak nocujący w chacie pół wieku temu sowieccy osadnicy.

image
Znaleziona podczas wędrówki czaszka renifera ze świetnie zachowanym porożem

O 15:30 z ostatnią zaoszczędzoną tabliczką czekolady, jakimiś liofami i zapasem wody, wyruszyliśmy ponownie na szlak. Podczas drogi w tamtą stronę ustaliliśmy, że urozmaicimy sobie trochę trasę powrotną, przechodząc przez plateau z antenami. Do przejścia mieliśmy niecałe 30 km a czas operacyjny wynosił 18 godzin do otwarcia sklepów i 35 do startu naszego samolotu. Nawet kulawe dziecko w dwóch lewych trzewikach dałoby radę, a my przecież znaliśmy trasę, wiedząc czego należało się spodziewać. Na początek było dosyć długie i monotonne podejście a operujące od zachodu słońce pozwalało na parę godzin zapomnieć, że znajdowaliśmy się na terenie Arktyki.

Z powerbankiem na ogniwo słoneczne przyczepionym do plecaka tak, by zgromadzić trochę energii do ładowania telefonu,  mozolnie gramoliłem się pod górę. Tym razem bardzo dotkliwie odczuwałem brak okularów, bo śnieg bezlitośnie atakował moje źrenice odbijanymi promieniami UV. Obawiając się powtórzenia scenariusza głośnej tragedii z udziałem Tomka Mackiewicza, w łatwiejszych technicznie miejscach zakrywałem sobie całą twarz buffem. Czułem się zmęczony i niemal od samego początku, wlokłem się z tyłu, mrużąc oczy i przeklinając swoją żenującą dyspozycję tego dnia. Dochodziła godzina 20 a my mieliśmy pokonane zaledwie ok 20% dystansu, wzniósłszy się niemal pół kilometra nad poziomem morza ponad początkowy pułap.

image
Nad antenami zawisła złowieszcza chmura burzowa, z której niebawem miał spaść śnieg

Wtedy poprosiłem o przerwę i wydobyłem z plecaka ostatnią tabliczkę czekolady cenionej marki, która smakowała nam najbardziej z dotychczasowych. Wiedziałem, że nie wpłynie to na tempo mojego marszu czy poczucie zażenowania z nim związane, a co najwyżej poprawi humor. Później zaczęło się zejście i w dosyć krótkim czasie utraciliśmy połowę pułapu, na który tak długo się wcześniej gramoliliśmy. Pomimo stuptutów, moje buty były już przesiąknięte wodą ale dopóki maszerowaliśmy, zbytnio mi to nie przeszkadzało. Rzeki tym razem nie stawiały za dużego oporu, a najgorszy był miękki śnieg na zboczach każdej z, pokonywanych przez nas na wskroś, dolin.

Muszę przyznać, że człowiek nagle zmieniający się w liliputa, który całuje ziemię niczym osławiony prezydent, wygląda całkiem komicznie... Jednak brodzenie w miękkim śniegu pod górę, co i rusz zapadając się w nim po biodra jest frustrujące i wyczerpujące. Na szczęście po obraniu kierunku na anteny, jakość śniegu znacząco się poprawiła, dzięki czemu mogliśmy narzucić lepsze tempo. Po ok 12 km zrobiliśmy kolejny postój – tym razem żeby napić się kawy i dać zmęczonym plecom odrobinę zasłużonego odpoczynku. Napój wyszedł strasznie lichy, lecz nie miało to dużego znaczenia, bo wizja pysznej kawy i czekolady na kempingu, wystarczająco mnie motywowała.

Wykop Skomentuj5
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Sport