Sobotni wieczór, niemalże noc. Wszędzie prószy śnieg. Niezaskoczone zimą pługopiarskarki wyrabiają stachanowskie normy, sól leży na ulicach. W opustoszałych pubach, barach, danc-budach i restauracjach znudzeni kelnerzy przecierają po raz setny kieliszki, z których nikt nie wypije. Właściciele tych interesów są na zapleczach, łkają, chowając twarze w dłoniach. Kolejny weekend bez żadnego obrotu, kolejny powód, by wypatrywać komornika na horyzoncie. Miliony Polaków powtarzają w skupieniu cotygodniowy rytuał. Korzystając z dnia wolnego, i możliwości wyspania się w niedzielę (poranna suma jest już passe), zasiadają z dobrą zieloną herbatą przed ekranami. Jako, że przykład idzie z góry, w dusznych pokojach tłoczą się kłęby pieszczotliwego dymu z kadzidełek zawierających śladowe ilości marihuany. Spragnione wiedzy dłonie sprawnie wystukują na klawiaturach kolejne adresy, kończące się dobrze znanym skrótem - gov.pl. Pierwszy milion jest najszybszy, i już po 20-tej z wypiekami na twarzy śledzi kolejne ustawy, uchwały, poprawki, rozporządzenia. Drugi milion odczuwa już delikatny problem, strony ładują się dłużej niż zwykle, rośnie rozdrażnienie. Zdjęcia, przedstawiające uśmiechniętego Premiera ładują się do połowy, niekiedy na monitorze pokazują się jedynie oczy, ludzkie, przepełnione ciepłem i troską o losy Ojczyzny. Trzeci milion jest spóźniony; zasiadają pośpiesznie przed komputerami, tocząc nierówną walkę z przeciwnościami internetu. Strony zaczynają się ciąć. Urzędnicy, czuwający przy serwerach dostrzegają problem. Ktoś przytomniejszy spogląda na zegarek, i mruczy, że za chwil kilka nadejdzie fala czwartego miliona, ostatnia, a przez to najbardziej wygłodniała. Gdzieś w skromnej, dobrze odśnieżonej willi, zbudowanej na solidnym planie osadniczym wedle zachodnich wzorców, rozlega się cichy dzwonek telefonu. Dobrotliwy mężczyzna o jowialnej, nie zbrukanej zaciętością twarzy starannie wysłuchuje, co meldują podwładni. Nie osądza. Nie krytykuje. To nie w jego stylu, to nie w stylu ludzi, których reprezentuje. Od czasu rekolekcji w niedalekim Tyńcu jest owładnięty szlachetnym pragnieniem czynienia miłości. Odkłada delikatnie słuchawkę, spogląda na portret żołnierza z zadzierżystym wąsem, w spiczastym hełmie na głowie. Ot, urocza pamiątka po poprzednim właścicielu, którą zdecydował się pozostawić. Uśmiecha się dyskretnie do siebie, serce rozpiera mu duma. Wie, że Polacy po raz kolejny zdali egzamin. Gdzie indziej ludzie przeznaczają sobotnie noce na bezcelowe zabawy, na danse macabre nad kryzysowym truchłem. Gdzie indziej nowe widmo faszyzmu wyprowadza na zimowe miasto "około sto tysięcy" zaślepionych biedaków. Nie w Polsce. Mężczyzna wybiera krawat i garnitur na poranną wizytę w radio. Musi się skupić, powtórzyć to, co chce powiedzieć. W studiu czeka na niego bezkompromisowa Pani Redaktor, gotowa dojrzeć najmniejszy wyłom w jego słowach i zaatakować, jak lwy atakują ranną antylopę. Cóż, urok obiektywnych mediów - gwaranta demokracji i wolności słowa. O to przecież walczyli. Nic to. Ważne, że odpowiedzialni Polacy po raz kolejny zdali egzamin z obywatelstwa.
118
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze