Za rok - okrągła, 150-ta rocznica wybuchu Powstania Styczniowego. Powstania przegranego, jakich było więcej w historii Rzeczypospolitej. Rzecz prosta i wiadoma - każdy naród powinien budować swoją historię na uskrzydlających zwycięstwach, nie na martyrologii. Tak się jednak geopolitycznie złożyło, że z tym położeniem i z takimi narodowymi przywarami musieliśmy obrywać, i obrywamy nadal. Zazwyczaj heroicznie, bo "Polacy potrafią najpiękniej na świecie przegrywać". Decyzja o zrywie styczniowym, jeśli można użyć takiej gradacji, była o wiele chwalebniejsza, niż w roku 1830. Wówczas żywe były tradycje Księstwa Warszawskiego, żyło całe pokolenie pamiętające epopeję napoleońską, dziadkowie karmili wnuki opowieściami o Sejmie Wielkim i Kościuszce. Wszystko to trafiało na podatny grunt. W 1863 było diametralnie inaczej. Dominowało pokolenie wychowane w strachu przed potęgą Rosji, nierzadko demotywowane przez rodziców wspominających klęskę listopadową. Potrzeba było terroru Moskali, życia w cieniu Cytadeli, rozpasania kolejnych zarządców z Moskwy i momentami niefortunnej polityki Aleksandra Wielopolskiego, żeby ludzie chwycili za broń. Wspominając Wielopolskiego - niedoceniania to postać, człowiek, którego duma i arogancja były jednocześnie zaletą i wadą. Z pewnością polityk wielkiego formatu, którego do jednej szuflady zmieścić się nie da (zwłaszcza, że szanowny Pan hrabia postury był szacownej). Tyle rys historyczny, jak skończyło Powstanie - wiadomo. Co było potem - też niestety wiadomo.
Dzisiaj polski treser wchodzi do klatki z wielkim rosyjskim niedźwiedziem. Wchodzi na drżących nogach, bo niedźwiedź wielki i nieprzewidywalny, nigdy nie wiadomo, co do łba strzeli. Wchodzi jednakowoż bez bata - znak poprawności politycznej, i tego, że teraz się rozmawia, a nie wymaga. Niedźwiedź, niezawodnym zwierzęcym instynktem wyczuwa, cóż to za bohater przed nim stoi. Jak szanować tresera, który uśmiechem usiłuje się przypodobać, w dłoni cukier zamiast knuta? Niedźwiedź na własnym futrze odczuł takich treserów, że głowa mała. Treserzy w koronach zamęczyli niedźwiedzia do granic desperacji, aż się odwarknął. Przybyli więc treserzy z innej bajki. Jeden taki, z wąsem sumiastym, z twarzą dziobatą, tak zwierzę wyćwiczył, że kilka dekad pisnąć nie śmiało. Potem przybył łysawy, poplamiony treser, co smycz nieco poluzował, od czasu do czasu kaganiec ściągał i ryknąć pozwalał. Wnet zastąpił go niedbały opiekun, bardziej kieliszkiem zainteresowany. Niedźwiedź mało co go obchodził, acz klatka dalej zamknięta była. Tak się w przyjemnościach okowity zatopił, że nie zauważył nawet niewysokiego tresera, co od młodości fachu u prawdziwych mistrzów się przyuczał. Gdy zajął jego miejsce, niedźwiedziowi nie popuścił. Toteż miś, przyuczony ciężkiej ręki szacunku dla pełzających nie ma, mało tego - zgodnie z zasadą psychologii sam nimi pomiata, za krzywdy swoje, a też dlatego, że tak można i trzeba. Innych wzorów biedak nie miał.
Jestem ciekaw uroczystości 22 stycznia 2013 roku. Centralnych uroczystości, bo odbyć się powinny - na Placu Defilad najlepiej. Mogą być i grupy rekonstrukcyjne, co dziatwę ucieszy - chociaż podobno takich ostatnio to w Warszawie leją ci, co walczą o lepszy świat. Zajdę wówczas, oprę się o pomnik tego, co już raz przyjaciół Moskali od Stolicy odepchnął, notatnik wyciągnę i sumować zacznę. Ile razy w przemówniu Głów Państwa padnie słowo "Rosja", a ile razy enigmatyczny, nieprzenikniony eufemizm "Carat". Kreski będę stawiał, podłużne, i na wszelki wypadek na "Carat" miejsca więcej przygotuję.
172
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (1)