Białoruski walczak o wolność i demokrację, Aleś Bialacki ma zostać zgłoszony jako kandydat do Pokojowej Nagrody Nobla - wśród zbierających podpisy i zgłaszających ów pomysł jest poseł Andrzej Halicki (plus rzecz naprawdę wyjątkowa - poparcie pani Anny Fotygi), który bez żenady przyznaje, że "mamy dług, który powinniśmy spłacić przynajmniej w ten sposób". Czyli najpierw, ku uciesze łukaszenkowego KGB sami włożyliście w ich łapy papiery na faceta, a teraz planujecie poprawić mu humor błyskotką. Z pewnością promiennie uśmiechnie się z niewypowiedzianej radości i zatrze zgrabiałe z zimna ręce, rąbiąc drewno gdzieś w obozie pod Mohylewem czy innym Bobrujskiem. Pocieszenie jak ta lala, nie ma co.
Wprawdzie kapituła pokojowych nagród imienia wynalazcy dynamitu ciutkę naciągnęła reguły, honorując czołowego pacyfistę świata Baracka Obamę (przez ledwie rok swojej prezydentury zrobił wówczas bardzo wiele dla, cytuję "pracy na rzecz pokoju na świecie), niemniej splendor pozostał, i chyba fajnie stanąć w galowym fraku, będąc przepasanym szarfą i ściskać tuziny rąk najważniejszych z ważnych, a flesze oślepiają setkami błysków.
Gdyby tak światowy establiszment wymyślił, że w tym roku w zasadzie możnaby przykręcić śrubę dyktatorowi w dresie, to czemu nie? Aczkolwiek w roku 2012 na topie będzie najpewniej (pamiętajmy o wyborach prezydenckich za Wielką Wodą) dowalanie Szachinszachowi Ahmadineżadowi i faworyta na Nobla należy szukać wśród tamtejszych rozlicznych dysydentów.
Niezbadanymi ścieżkami chodzą jednak wyroki kapituły, i zdarzyć się może, że Bialacki dostanie Nobla. Kiedy w końcu śmieszny reżim upadnie z niewydolności ekonomicznej, a batiuszka znajdzie spokojne schronienie u drugiego zaprzyjaźnionego ZBiR-a, taki Nobel byłby de facto wskazaniem - to jest ten człowiek. I już prezydentura, i już negocjacje z Unią Europejską, i już płyta lotniska w Mińsku zaroi się od uśmiechniętych przyjaciół w najdroższych garniturach gotowych pomóc w trudnym dziele prywatyzacji. Cóż państwo Halicki i Fotyga wiedzą o panu Bialackim? O jego poglądach ekonomicznych? O jego poglądach na stosunku z Polską? O jego programie politycznym? O pomyśle na Białoruś, poza truizmami, że Łukaszenkę trzeba odsunąć od koryta?
Swojego czasu poparliśmy - bo nie było innego wyjścia, i trzeba było się tam zaznaczyć - "rewolucję" na Ukrainie. Teraz jest taki trynd, że każda rewolucja musi mieć ładny przedrostek, by lepiej wyglądała w tytułach prasowych, więc tego wieczora wszyscy byliśmy pomarańczowi niczym klub kibica reprezentacji Holandii. Delikatnie mówiąc, rewolucja i wielkie nadzieje z nią związane poszły tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Polacy dali się nabrać na czułe słówka zakochanych - Wiktora i Julii, którzy zapewniali, że są gotowi na wspólne, wspaniałe życie, a nikt nie przyuważył, że krzyżują palce i już ostrzą noże. Teraz oblubieniec pogrążony jest w politycznym niebycie, narzeczona gnije w celi, a w Kijowie rządzi ten, przeciw któremu cała ta poroniona krucjata się odbywała.
Podobno człowiek uczy się na błędach. Podobno zawodowy polityk z każdą kadencją ma coraz mniej z człowieka. Może tym razem się pomylę, i ktoś pomyśli dwa razy?
180
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (1)