Jest takie pewne urocze miasteczko na Górnym Śląsku, wcisnięte skromnie między Rudę Śląską i Chorzów. Miasteczko, w którym - jak w okolicach - rządzi przywieziony w teczce przez Jerzego Buzka prezydent z PO (przy okazji pewien ewenement : włodarz miasta, który w owym mieście nie mieszka). Miasteczko z racji swoich rozmiarów jest dość biedne, a przy tym dotknięte chorobą tej ziemi - masowym bezrobociem datującym się na czasy, gdy upadały wielkie huty i kopalnie. Dziś, dzięki cudom transformacji ustrojowej - to nie żart - nader poważną gałęzią przemysłu (detalicznego, ale jednak) stało się zbieranie złomu. Jak przyznają miejscowi policjanci, okoliczne skupy złomu cieszą się taką renomą, że klienci na swoich wózeczkach przywożą "fanty" nawet z oddalonych o kilkanaście kilometrów Katowic. Właściciele skupów złomu też są ludźmi wyrozumiałymi i wierzą na słowo, że metalowy, okrągły przedmiot z wyżłobionym napisem "Górnośląskie Przedsiębiorstwo Wodociągów" nie jest - chociaż wygląda - pokrywą studzienki kanalizacyjnej.
Oczywiście, determinacja ludzi do zdobycia kilku groszy (na jedzenie? wolne żarty, oni odżywiają się metodą stosowaną wyłącznie na orbicie kosmicznej - w płynie) jest wdzięcznym tematem na notkę, ale ja o czymś innym. Miasteczko owo posiada szpital powiatowy, zadłużony skądinąd na straszne pieniądze (kontrakt z NFZ-em opiewa na 28 milionów, dług wynosi już 42 miliony). Tutaj znowu ciekawostka : do niedawna szpitalem rządził dyrektor, który niezgodnie z ustawą od 20 lat prowadził działalność gospodarczą, co zresztą uczciwie zawierał w swoich oświadczeniach majątkowych, które dziwnym trafem i tak zostały zaakceptowane. Gdy sprawa się rypła, jedna osoba (cóż za zawężenie odpowiedzialności, swoją drogą) otrzymała upomnienie z wpisem do akt, a zatroskany prezydent przeprowadził z nią "rozmowę dyscyplinującą", po czym wrócił do machania podpisów na prawo i lewo, nie czytając nawet tego, co podpisuje.
Władze miasta wpadły na interesujący pomysł - długi szpitala stanowiły coraz bardziej uciążliwą kulę u nogi, toteż należało się ich pozbyć. Oczywiście, likwidacja placówki nie wchodziła w grę, bowiem już za dwa lata kolejne wybory i istnieje pewne prawdopodobieństwo, że ludzie do tego czasu nie zapomną, a Jerzy Buzek może akurat nie mieć wolnych terminów. Wymyślono więc sposób unikalny na skalę regionalną, ba! Na skalę Polską. Zamieniono szpital w spółkę na całkiem nowych zasadach, przy okazji pozostawiając na koncie wspomniane długi. Skorzystano tu z dobrodziejstwa ustawy o działalności leczniczej, która w założeniu miała służyć właśnie w podobnych przypadkach. W myśl przepisów nie jest już wymagana formalna likwidacja, a nowa spółka przejmuje spadek po dawnym szpitalu. Proste jak konstrukcja cepa, z jednym małym haczykiem - dziedzictwo obejmuje też długi, ale przede wszystkim : umowy z pracownikami i NFZ-em. Pracowników nie można zwolnić i nie można obniżyć im wynagrodzeń.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jeden istotny szczegół : wprawdzie część spłaty długów wzięło na siebie miasto, ale resztę musi spłacić nowa spółka zarządzająca szpitalem. Warto tu wspomnieć, że są to długi z gatunku nader poważnych, to jest takich już bardzo, bardzo dawno po terminach płatności. To z kolei oznacza, że wszyscy wierzyciele mają okazję złożyć wizytę komornikom, którzy to komornicy mogą zaszczycić nowy-stary szpital swoją obecnością. Kapitał zakładowy wynosi milion złotych (ma urosnąć, ale kiedy?) , zatem jeśli spółce przytrafi się upadek, długów nie będzie z czego spłacić. Długi to jedna sprawa, bo szpital wciąż przynosi niemałe straty (do 300 tysięcy na miesiąc) - a zwolnić personelu się nie da, obniżki pensji też w grę nie wchodzą, jak już pisałem. Młody, rzutki, liczący na błyskotliwą karierę w PO prezydent miasteczka uspokaja wprawdzie, że szpital będzie dorabiał sobie na usługach komercyjnych, ale ci, którzy już się skomercjalizowali rozwiewają utopijne plany młodzieńca : wpływy z komercji to kropla w morzu dochodów, zwykle najwyżej kilkaset tysięcy na rok, a to i tak w większych miastach. W takim małym miasteczku pies z kulawą nogą nie przyjdzie zapłacić za prześwietlenie tej kulawej nogi.
Ustawa skonstruowana jest, jak jest. Pozostawia trochę miejsca na swobodną interperetację przepisów i można przeprowadzić pewne konieczne oszczędności (redukcja personelu chociażby) by zminimalizować miesięczne straty. Starczy przysiąść i pomyśleć. Szkoda, że to małe miasteczko stało się poligonem doświadczalnym. Tutaj ktoś nie posłuchał głosu rozsądku i dał się omotać wizji, że będzie prekursorem rozwiązań na skalę całego Kraju. Chęć do bycia pierwszym - i bycia oklaskiwanym w mediach, bo ptaszki ćwierkają, że ów młody, rzutki ma duże parcie na szkło - jest realizowana kosztem pacjentów. Przykład pokazuje, jak źle się dzieje, gdy polityka wchodzi do służby zdrowia, gdy operacje przekształceniowe toczone są bez nadzoru i pod presją czasu.
Pozostaje mieć nadzieję, że zły przykład będzie przestrogą dla innych. Ustawa jest krokiem do przodu, ale wypadałoby też zadbać o mądre stosowanie jej postanowień. Kto wie, może opracować jakiś think-tank (jakież to modne ostatnio) będący konglomeratem lekarzy, menedżerów i prawników, którzy stworzą z ramienia ministerstwa objazdową komisję doradczą? Trzeba sprawować apolityczny nadzór nad samorządami w tej kwestii, nim spełni się mroczna przepowiednia Beaty Sawickiej o "kręceniu lodów".
2062
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (15)