To jedna z najgorętszych "fuch" nadchodzącego jesiennego sezonu polityczno-towarzyskiego. Nie jakieś miejsca w spółkach nadzorczych, nie budowanie Polskiego atomu za Bóg wie jakie wynagrodzenie, nie zbliżające się wielkimi krokami wybory do europarlamentu - najlepszą, najciekawszą, najbardziej "trendy" i "cool" pracą na jesieni A.D. 2012 będzie prezesura PZPN. Tak można przynajmniej sądzić z żywego zainteresowania tą posadą, wyrażanego przez znane (nie mylić ze znamienitymi) postacie Polskiej polityki.
PZPN w teorii jest apolityczne, chociaż - nie licząc krótkich przerw na "fochy" z próbującym narzucić mu kuratora rządem - generalnie czapkuje politykom ile wlezie, bo wilk syty i owca cała. Polityk taki pojawi się na stadionie, uda, że 30 tysięcy ust gwiżdże w ramach aprobaty, pokażą go w telewizji (ze stosownym okadzeniem - cytuję za Dariuszem Szpakowskim : "pierwszy kibic Rzeczypospolitej"). Obok polityka pojawi się ktoś z wierchuszki PZPN, uściśnie mnóstwo rąk, wymieni wiele wizytówek, słowem - idylla. Ostatnie Euro pokazało dobitnie, że politykom obecność Grzegorza Laty, tak inteligentnie tłumaczącego się z przechowywania tajemniczej koperty w biurku zupełnie nie przeszkadza. Pewnie gdyby niezapominany Zdzisław Kręcina nadal był u łask i wtoczył się do loży VIP pijany jak Messerschmitt, też zostałby ciepło powitany z mniej lub bardziej szczerym uśmiechem. WTWA (Warszawskie Towarzystwa Wzajemnej Adoracji) niestety już tak mają.
Gołym okiem przeto widać, że związki centrali piłkarskiej z polityką są liczne a nader bliskie. To w pewien sposób usprawiedliwiałoby postawę dwóch person, którym poświęcam niniejszą notkę. Z góry kandydatów do najgorętszego fotela Rzeczypospolitej wybrałem Ryszarda Czarneckiego i Romana Koseckiego. Na Grzegorza Latę i Zdzisława Kręcinę miłościwie spuszczę zasłonę milczenia - konie jakie są, każdy widzi. Dlaczego więc tych dwoje? Choćby dlatego, że wypełniają obecnie pewne umowy, zawarte ze swoimi wyborcami. Ja wiem, że oficjalnie to w żaden sposób nie jest usankcjonowane (a szkoda), ale jednak na kilometr nieprzyjemnie pachnie tu karierowiczostwem. Oczywiście nie można zabronić politykom posiadania marzeń (większość z nich jest mistrzami najbardziej fantastycznych wizji) i ambicji, ale coś za coś - dała ci człowieku partia dobre miejsce na liście, wygrałeś wybory pokonując innych kandydatów, to ciągnij swój wóz do końca. To zarzut numer jeden. Chyba najpoważniejszy, bo skutecznie podcinający w Polakach i tak wątłą wiarę w to, że ich głos może coś zmienić. Owszem, może coś zmienić w kolejności gąb przy "korycie", ale jeśli chodzi o zmianę Kraju - jesteśmy w lesie. Tytułem przypomnienia - Kosecki chciał już kandydować w 2007 roku (Czarnecki wyraża taką chęć mniej więcej od momentu wynalezienia przez Brytyjczyków piłki nożnej) ale uznał, że Polskiej piłce niepotrzebny jest prezes będący członkiem jakiejś partii politycznej. Widać zmienił zdanie - jego prawo.
Zarzut drugi to przygotowanie merytoryczne. Kosecki trzecią kadencję zasiada w Parlamencie. Droga polityczna Ryszarda Czarneckiego jest zawiła niczym dryblingi "Kosy" - tu jedna partia, tam druga, potem czuły romans z Samoobroną, wszędzie, byleby blisko "jądra" władzy. Brzmi to jak wyrzut, ale czy można wyrzucać człowiekowi chęć pozostawania na fali, nie pod wodą? Cierpi na tym wiarygodność i powaga osoby jako takiej, ale to jego sprawa - i ludzi, którzy po raz kolejny na Czarneckiego głosują. Niby obaj mają za sobą przeszłość w PZPN (co, swoją drogą, Dalibóg nie powinno być żadną reklamą) i niby jeden i drugi znają struktury związku, ale było to dość dawno. PZPN-owski "beton" nader łatwo "wypluwa" działaczy, ale by znaleźć się wśród nich z powrotem - no, to już gorzej. Niełatwa sprawa. O ile Kosecki zachował jeszcze jako takie związki ze sportem (sądząc po sylwetce, ewoluuje obecnie w stronę sportów zapaśniczych - proszę mi wybaczyć tą małostkową złośliwość, nie mogłem się powstrzymać), o tyle Czarnecki to klasyczny "besserwisser" znający się na wszystkim i gotowy zabierać głos na każde możliwe tematy.
By "ruszyć z posad bryłę świata" w PZPN potrzebny jest człowiek spoza szeroko rozumianego "układu"; rzutki, sprawny menedżer wybrany w konkursie przez zewnętrzną firmę, nie znudzone kolegium "leśnych dziadków". Ktoś, kto będzie w stanie onieśmielić "z zawodu działaczy" swoją energią, wykształceniem, wizją i doświadczeniem zawodowym w firmach, które owi działacze znają tylko z telewizji. Nie ich - jakby to nie zabrzmiało - "kolega" z boiska, czyli jowialny "Kosa", nie karierowicz Czarnecki, mający wprawdzie CV nader imponujące, ale niestety skupione tylko na politycznej branży. Jeśli któryś z nich odbierze chociaż część głosów szkodnikom Polskiego futbolu - Lacie, Kręcinie, innym odpowiedzialnym za skandaliczną umowę ze spółką SportFive, to niby dobrze, ale z drugiej strony : ani jeden, ani drugi nie ma dość charyzmy i siły przebicia, by postawić na swoim w razie wyboru. Obawiam się raczej, że mogą podążyć ścieżką Laty, który też po mrocznych rządach Listkiewicza reklamowany był jako "lek na całe zło".
Trzeci, ostatni zarzut to uwikłanie polityczne. I to głębokie - obaj dżentelmeni po uszy siedzą w układach i układzikach sejmowych (wliczam tu Czarneckiego, bo chyba częsciej przebywa w Polsce niż w Brukseli). Obaj mają "długi wdzięczności" wobec rozlicznych partyjnych dołów - to nie żadna gdybologia, bo przecież tak po prostu robi się politykę w Polsce. Czy jeden i drugi, jeśli dostaną się na upragniony stolec będą potrafili powiedzieć "nie", przestaną odbierać telefony, przestaną bywać w kawiarniach ze swoimi przyjaciółmi służącymi listą nazwisk "młodych, zdolnych, bez pracy?" Przypuszczam, że wątpię. Tym bardziej, że PZPN w żaden sposób nie jest związany z budżetem Państwa i byłoby to wprost wymarzoną okazją do "wpychania swoich" bez narażenia się o nepotyzm czy kolesiostwo.
Tyle tylko, że w ten sposób to my Polskiego futbolu nie uzdrowimy. Zamiast więc skupić się na ponadpartyjnym - traktujemy piłkę jako dobro wspólne przecież - poszukiwaniu przez polityków odpowiedniego, nie związanego z nikim kandydata, mamy kolejny etap "dzielenia tortu" między główne partie. Bo osobiste ambicje szanownych panów to jedno, a zobowiązania partyjne, to drugie. Start w wyborach owej dwójki - chociaż nieelegancki wobec wyborców, nikt im tego zabronić nie może - to tylko zawracanie głowy i mamienie Polaków obietnicą nierealnych zmian. Dosadnie, ale raczej prawdziwie.
Panowie politycy wszelkiej maści - ręce precz od PZPN. Sami nie naprawicie (widać po Państwie) - znajdźcie chociaż kogoś, kto naprawić zechce.
3950
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (62)